18.07.2024, 19:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:18 przez Lorraine Malfoy.)
Lorraine wyglądała na szczerze ubawioną, choć może nie tyle samym komentarzem Erika, co ukrytą w nim implikacją. Implikacją, której świadoma była tylko połowa graczy.
– Nie jestem kobietą – tylko wilą, dokończyła w myślach zakazany żart – błysk płomienia rozświetlił jej szczupłą twarz, kiedy odpaliła papierosa – cichy, dziewczęcy śmiech wzniósł się ponad stołem – tylko smokiem. – Pociągnęła metaforę, czerpiąc przyjemność z irytacji Erika. – A ty nie bądź mężczyzną zadowalającym się przeciętnością – westchnęła słodko – tylko feniksem. Doskonal swój śpiew, abyśmy razem mogli wznieść się w przestworza – zakpiła wesoło. Poczuła jednak rozczarowanie. Zawsze traktował zaproszenie do flirtu jak wyzwanie na pojedynek? – Może jesteś najznamienitszym detektywem w Londynie, ale psychoanalitykiem – uśmiechnęła się drwiąco, strzepując popiół do popielniczki – najmarniejszym.
Lorraine ryzykowała, podbijając, ale ryzyko się opłaciło: patrzyła z satysfakcją jak Eden zgarnia wygraną. Jak się bawisz? Uśmiech, którym obdarzyła kuzynkę był ciepły. Dobrze, dopóki wygrywasz.
– Nigdy nie rozumiałam Ambrosii, kiedy mówiła, że jestem Kołem fortuny w jej talii – odpowiedziała cicho. – Teraz wiem, co miała na myśli.
Dorastając, patrzyła jak ojciec trwoni majątek, powoli niszcząc życie rodziny. A jednak, kiedy siedział przy karcianym stoliku, promienny i pewny siebie – chociaż nie mógł być pewien, nawet tego czy dożyje jutra – przegrany – ale przecież nie pokonany – wyglądał jak król pośród ludzi. Żebraczy król, który dawno już utracił swą koronę: zastawił ją, by móc zasiadać nad dworem szulerów, lichwiarzy i oszustów. Jakże był żałosny, jakże był wyniosły, na swoim tronie z dumy.
Nie, Eden nie pomyliła się w ocenie kuzynki. Lorraine była córką swojego ojca: odziedziczyła jego oczy i bilans długów. Ale w przeciwieństwie do Armanda Malfoya nie musiała sięgać po ekstremum, by coś poczuć.
– Wyrównuję. – Zwróciła hipnotyzujące spojrzenie na Aryamana. Szkoda spinek, oceniła leniwie jego szanse, powinien zastawić swoje oczy.
– Nie jestem kobietą – tylko wilą, dokończyła w myślach zakazany żart – błysk płomienia rozświetlił jej szczupłą twarz, kiedy odpaliła papierosa – cichy, dziewczęcy śmiech wzniósł się ponad stołem – tylko smokiem. – Pociągnęła metaforę, czerpiąc przyjemność z irytacji Erika. – A ty nie bądź mężczyzną zadowalającym się przeciętnością – westchnęła słodko – tylko feniksem. Doskonal swój śpiew, abyśmy razem mogli wznieść się w przestworza – zakpiła wesoło. Poczuła jednak rozczarowanie. Zawsze traktował zaproszenie do flirtu jak wyzwanie na pojedynek? – Może jesteś najznamienitszym detektywem w Londynie, ale psychoanalitykiem – uśmiechnęła się drwiąco, strzepując popiół do popielniczki – najmarniejszym.
Lorraine ryzykowała, podbijając, ale ryzyko się opłaciło: patrzyła z satysfakcją jak Eden zgarnia wygraną. Jak się bawisz? Uśmiech, którym obdarzyła kuzynkę był ciepły. Dobrze, dopóki wygrywasz.
– Nigdy nie rozumiałam Ambrosii, kiedy mówiła, że jestem Kołem fortuny w jej talii – odpowiedziała cicho. – Teraz wiem, co miała na myśli.
Dorastając, patrzyła jak ojciec trwoni majątek, powoli niszcząc życie rodziny. A jednak, kiedy siedział przy karcianym stoliku, promienny i pewny siebie – chociaż nie mógł być pewien, nawet tego czy dożyje jutra – przegrany – ale przecież nie pokonany – wyglądał jak król pośród ludzi. Żebraczy król, który dawno już utracił swą koronę: zastawił ją, by móc zasiadać nad dworem szulerów, lichwiarzy i oszustów. Jakże był żałosny, jakże był wyniosły, na swoim tronie z dumy.
Nie, Eden nie pomyliła się w ocenie kuzynki. Lorraine była córką swojego ojca: odziedziczyła jego oczy i bilans długów. Ale w przeciwieństwie do Armanda Malfoya nie musiała sięgać po ekstremum, by coś poczuć.
– Wyrównuję. – Zwróciła hipnotyzujące spojrzenie na Aryamana. Szkoda spinek, oceniła leniwie jego szanse, powinien zastawić swoje oczy.