Podobno dobrze razem wyglądali, podobno pasowali do siebie – a na pewno wizualnie: czarnowłosy, wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna i prawie czarnowłosa kobieta o brązowych oczach. On niedbały w swym stylu, lecz ta niedbałość wyglądała na efekt całkowicie zamierzony (i jakże mu pasujący) i ona – o nienagannej fryzurze, delikatnym makijażu, dopasowanej do bardzo kobiecej figury sukni spod igły projektanta mody. A jednak nie było w tym obrazku zgrzytu. Tak jak nie było go tam, gdzie idąc pod rękę, bo wszak Victoria przyjęła ramię Sauriela, nie było żadnych wzdrygnięć czy czegoś takiego. Trup i jego trupio zimna, była narzeczona. Było temu zaskakująco blisko do wampirzej towarzyszki i jednocześnie tak odległe… Sauriel może i wielu rzeczy na głos nie mówił, mimo tego, jak bardzo Victoria chciała, by podzielił się z nią swoimi myślami, ale obserwowała go długo i zapisywała swoje wnioski. Wiedziała, jak bardzo doskwiera mu, że nie może w ciągu dnia tak po prostu wyjść na słońce. Mógł to zrobić, a i owszem, ale ile się musiał przy tym nagimnastykować… no i nie mógł poczuć dotknięcia promieni słońca na skórze, bo zaraz zacząłby płonąć. Wiedziała też jednak, że po prostu brakuje mu tych ludzkich rzeczy – zimny dotyk, serce nie było, nie oddychał… miał płuca, musiał mieć, bo inaczej nie byłby w stanie mówić, musiał więc móc ich używać, nawet jeśli nie w pierwotnym przeznaczeniu, ale i tak… nie mógł się zarumienić i tak dalej. Chciałaby mu to zwrócić, gdyby tylko chciał to przyjąć. Wampira dało się przywrócić do życia, wiedziała nawet za pomocą czego – tylko nie miała tego w garści. Ale szukała – na razie informacji; póki nie musiała się o to konfrontować z matką, to wolała wybrać inną drogę. Nie zrobiłaby tego Saurielowi wbrew jego woli, ale chciała mu dać opcję, coś więcej nawet niż „poradzimy sobie” – a realną, namacalną opcję. Bo mógł tego nie mówić na głos, może nawet nie przyznawał tego przed samym sobą, jak wiele innych rzeczy, ale wiedziała, że bycie wampirem go unieszczęśliwiło. I nie było się czemu dziwić – to nie był jego wybór, a własna rodzina go na to skazała, to nie powinno się nigdy, przenigdy wydarzyć.
– Nie wiem. Nie mam pojęcia kogo zaprosił, a kogo nie – bo skąd miała wiedzieć? Nie widziała przecież żadnej listy. Ale sądząc po przekroju gości – chyba zaprosił każdego kogo tylko się da. – Zresztą tak po prawdzie mało mnie to obchodzi – głównie dlatego, że jej uwaga skupiona była na czymś innym. Na kimś innym – kimś, kto właśnie prowadził ją znowu na parkiet. To wyjście na zewnątrz było chyba dobrym pomysłem. Co prawda nie sądziła, że to wypalenie papierosa magicznie wyciągnęło alkohol z ciała Sauriela, ale ta chwila przewietrzenia się ewidentnie dobrze mu zrobiła, bo wydawał się być odrobinę bardziej trzeźwy. – Dzisiaj chcę się po prostu trochę pobawić. Zapomnieć o świecie – jutro trzeba będzie wrócić do rzeczywistości (a Victoria bardzo sobie gratulowała pomysłu, by jednak przesunąć zmianę na popołudnie, a nie na rano – zdąży więc odpocząć nawet jeśli wróci wraz z pierwszym promieniem słońca), ale dzisiaj… Dzisiaj była tutaj, u boku kogoś, kto znaczył dla niej naprawdę wiele, nawet jeśli ona dla niego nie. I bardzo chciała, by ten następny taniec wyszedł już dobrze, by i on się dobrze z nią bawił. I następny też. Nie śmiała prosić o więcej, ale może nawet nie było o co prosić?
Uśmiechnęła się do Sauriela, gdy znowu znaleźli się na parkiecie, a ona delikatnie złapała go za dłonie, pozwalając, by tym razem całkowicie prowadził do dowolnego rytmu. To był już taki moment wesela, że raczej mało kto krzywo by patrzył niezależnie od tego jak by tańczyli i do czego, a obecna piosenka była zdecydowanie bardziej skoczna.