18.07.2024, 22:31 ✶
Krytycznie spojrzał w kierunku okna, choć tylko grymas ust wskazywał na ów krytycyzm – oczy zniknęły za czarnymi szkłami w których znów pojawił się grom.
– Mam nadzieję, że nigdy nie przyjdzie mi tego sprawdzać – przyznał otwarcie, nie wyobrażając sobie sytuacji w której byłby zmuszony do utrzymania własnego ciężaru ciała na łodygach krzewów absolutnie niegodnych zaufania, choć w tym układzie i jego ręce najpewniej niosły sążniste ryzyko upadku. Nie był lekkomyślny, znał swoje ograniczenia, a ciało niestety było jednym z nich. Po cóż bowiem je ćwiczyć, skoro różdżka wystarczy do tego by teleportować się z jednego pokoju na korytarz.
Kilkukrotnie poruszył nosem, potem ustami, robiąc śmieszne miny i badając stan twarzy i zdając sobie sprawę, że albo przywykł do bólu, albo ten trochę odpuścił, albo oba na raz, podlane gęsto paplaniną nieznajomej, która była zabawnym sposobem spędzania czasu. Nie żeby chciał w ten sposób poświęcać każdy swój wieczór, ale wystarczyło mu jej entuzjazmu i wybujałej wyobraźni, by w pewnym sensie uczyniło mu to zadość cielesnemu dyskomfortowi.
– Duchy... ha! Przez chwilę sam myślałem, że jesteś duchem przywołanym przez ten świecowy obrządek. Co prawda, nie widziałem kredy i adekwatnych kręgów, ale też nie jestem specjalistą, być może duchy potrzebuja ledwie odpowiednio chętnego naczynia, by przyjść i mówić z nami. – Uszanował odległość, którą między nimi wyznaczyła tymi dwoma krokami w tył. Teraz, gdy umysł wracał do władz (pomimo wciąż czerwonego i lekko spulchnionego nochala), zdawał sobie sprawę z tego, że przecież mogła się równie mocno przestraszyć jak on całej tej sytuacji.
– Dobrze, że nie znalazłaś, byłoby to wysoce niewłaściwe, gdybym trzymał ją na widoku. Moi bracia z Rumunii są na tyle pyszni, żeby wystawiać je w zbezczeszczonych kaplicach o wielkich oknach przysłoniętych ciężkimi kotarami tak banalnymi do zdarcia przez potomków rodu Helsinga. Wielka nieroztropność, jeśli mnie zapytasz, lecz cóż, pycha kroczy przed upadkiem, jak mawiali starożytni. – Nie sięgnął po łacinę, szczerze wątpił aby to wpół zdziczałe dziewcze biegające po opuszczonych domostwach i używające okna oraz winorośli jak korytarza kiedykolwiek dotknęło tego doskonałego języka wodzów i filozofów.
Wspomnienie charytatywnego programu, dzięki któremu mógłby mieć lepsze mieszkanie rozczuliło go z kolei niebywale. Obdartus, który ledwie chwile temu naruszył niezbywalne prawo do nienaruszalności przestrzeni osobistej, teraz chciał znaleźć mu miły dom.
– Tak? Nigdy nie słyszałem, wiesz tu... mało wieści dochodzi, mój sąsiad nieczęsto mnie odwiedza. – Głową wskazał widoczną przez okienko własną rezydencje. Zabawne, zdało się, że okna w wieży przy odpowiednio ustawionej lunecie byłyby w stanie ukazać treści, które wypełniały formę jego sypialni. Zabawne podwójnie, że dość sporych rozmiarów okna w tejże sypialni właściwie permanentnie były zasłonięte ciężkimi grubymi kotarami... tak łatwymi do zdarcia...
– Tak z ciekawości... jeśli miałabyś wybrać dla mnie dom, to jaki i gdzie? – podtrzymał rozmowę, odchodząc kilka kroków ku schodom, a potem kiwając głową zapraszająco, że może jednak zejdą na dół, do głównego holu.
– Mam nadzieję, że nigdy nie przyjdzie mi tego sprawdzać – przyznał otwarcie, nie wyobrażając sobie sytuacji w której byłby zmuszony do utrzymania własnego ciężaru ciała na łodygach krzewów absolutnie niegodnych zaufania, choć w tym układzie i jego ręce najpewniej niosły sążniste ryzyko upadku. Nie był lekkomyślny, znał swoje ograniczenia, a ciało niestety było jednym z nich. Po cóż bowiem je ćwiczyć, skoro różdżka wystarczy do tego by teleportować się z jednego pokoju na korytarz.
Kilkukrotnie poruszył nosem, potem ustami, robiąc śmieszne miny i badając stan twarzy i zdając sobie sprawę, że albo przywykł do bólu, albo ten trochę odpuścił, albo oba na raz, podlane gęsto paplaniną nieznajomej, która była zabawnym sposobem spędzania czasu. Nie żeby chciał w ten sposób poświęcać każdy swój wieczór, ale wystarczyło mu jej entuzjazmu i wybujałej wyobraźni, by w pewnym sensie uczyniło mu to zadość cielesnemu dyskomfortowi.
– Duchy... ha! Przez chwilę sam myślałem, że jesteś duchem przywołanym przez ten świecowy obrządek. Co prawda, nie widziałem kredy i adekwatnych kręgów, ale też nie jestem specjalistą, być może duchy potrzebuja ledwie odpowiednio chętnego naczynia, by przyjść i mówić z nami. – Uszanował odległość, którą między nimi wyznaczyła tymi dwoma krokami w tył. Teraz, gdy umysł wracał do władz (pomimo wciąż czerwonego i lekko spulchnionego nochala), zdawał sobie sprawę z tego, że przecież mogła się równie mocno przestraszyć jak on całej tej sytuacji.
– Dobrze, że nie znalazłaś, byłoby to wysoce niewłaściwe, gdybym trzymał ją na widoku. Moi bracia z Rumunii są na tyle pyszni, żeby wystawiać je w zbezczeszczonych kaplicach o wielkich oknach przysłoniętych ciężkimi kotarami tak banalnymi do zdarcia przez potomków rodu Helsinga. Wielka nieroztropność, jeśli mnie zapytasz, lecz cóż, pycha kroczy przed upadkiem, jak mawiali starożytni. – Nie sięgnął po łacinę, szczerze wątpił aby to wpół zdziczałe dziewcze biegające po opuszczonych domostwach i używające okna oraz winorośli jak korytarza kiedykolwiek dotknęło tego doskonałego języka wodzów i filozofów.
Wspomnienie charytatywnego programu, dzięki któremu mógłby mieć lepsze mieszkanie rozczuliło go z kolei niebywale. Obdartus, który ledwie chwile temu naruszył niezbywalne prawo do nienaruszalności przestrzeni osobistej, teraz chciał znaleźć mu miły dom.
– Tak? Nigdy nie słyszałem, wiesz tu... mało wieści dochodzi, mój sąsiad nieczęsto mnie odwiedza. – Głową wskazał widoczną przez okienko własną rezydencje. Zabawne, zdało się, że okna w wieży przy odpowiednio ustawionej lunecie byłyby w stanie ukazać treści, które wypełniały formę jego sypialni. Zabawne podwójnie, że dość sporych rozmiarów okna w tejże sypialni właściwie permanentnie były zasłonięte ciężkimi grubymi kotarami... tak łatwymi do zdarcia...
– Tak z ciekawości... jeśli miałabyś wybrać dla mnie dom, to jaki i gdzie? – podtrzymał rozmowę, odchodząc kilka kroków ku schodom, a potem kiwając głową zapraszająco, że może jednak zejdą na dół, do głównego holu.