18.07.2024, 23:57 ✶
Popatrzył na nią przez chwilę kalkulując, czy powinien ciągnąć temat, czy raczej odpuścić.
– Rozumiem – powiedział w końcu, przyciągać ją do siebie w dość energicznym, jak na niego, objęciu ramieniem. Mogła zobaczyć, że stara się to ukryć, ale dzisiaj naprawdę oczy świeciły mu się pełne energi spowodowanej muszlą i przynajmniej częściowym zniwelowaniem rzez nią typowego basiliusowego zmęczenia. Nie chciał jednak za bardzo tego okazywać, gdy widział, że czarownicę coś dręczyło. Prawdę mówiąc to nie rozumiał Millie. Nie rozumiał jej, ani przed Beltane, ani tym bardziej teraz. Ale był w stanie zrozumieć, że jej nie rozumiał i dlatego czasem lepiej było zrozumieć, że nie warto było ciągnąć tematu i po prostu powiedzieć rozumiem. Nie ważne, że przekonywała go ciągle, że jest gejem i to z taką pewnością siebie, że gdy raz po raz jej zaprzeczał, czuł się czasem, jakby to on się mylił, a ona jakimś cudem wiedziała więcej od niego samego. I tak ją lubił.
– I coś co nie jest pieczywem. Na przykład warzywa – dodał, chowając kanapkę, nie chcąc dzisiaj na nią naciskać. Czasem dziwił jej się, że jeszcze nie kazała mu definitywnie spadać za te wszelki próby wciskania jej jedzenia, a nawet jeszcze nie zagroził jej nigdy, że przestanie brać leki, jeśli nie będzie jadła.
– Hm? – Zmarszczył brwi. – Brenna mnie zaprosiła, a co? – Nie miał przecież pojęcia, że jego przyjaciółka, o którą się martwił, że nie jadła kanapki, była tak naprawdę w podziemnej organizacji zwalczającej Śmierciożerców. Ani że ta impreza była dedykowana członkom tej samej podziemnej organizacji. Po prostu założył, że Brenna chciała zorganizować zabawę i zaprosiła swoich znajomych. Nie do końca rozumiał więc czemu miałby się tu jakoś dostawać.
Nie miał jednak okazji, by pociągnąć dalej tego tematu, bo nagle usłyszał ten dziwny śpiew.
– Słyszysz to?– spytał, marszcząc brwi. Pieśń. Pieśń dobiegająca prosto z morza, tak piękna, że przez chwilę dał się jej porwać, uznając, że może rzeczywiście w tej głębi błękitu nie czaiło się żadne zagrożenie, a jedynie piękno.
A potem zaczęło robić się naprawdę śmiesznie.
Woda. Wszędzie wodą. Kiedy wszedł do wody? Na Matkę byli pod wodą. To ta pieśn. Zostali wciągnięcj. Woda wokół nich. Wodą wokół niego. Woda wszędzie. Woda ich zaraz zabije. Pierdolić widoki i przedziwny podmorski ogród. Byli pod wodą. Utopią się. Nie, nie, nie. On nie chciał. Nie, nie, nie. Jak się stąd wydostać? Czy już się topił? Nie, chyba nie, bo odychał. Oddychał? Tak oddychał i to zdecydowanie szybciej niż zwykle.
– Nie, nie, nie. Millie – wyszeptał przez zacisnięte zęby, wbijając drżące palce w ramię przyjaciółki, rzucając jej spanikowane spojrzenie.
– Rozumiem – powiedział w końcu, przyciągać ją do siebie w dość energicznym, jak na niego, objęciu ramieniem. Mogła zobaczyć, że stara się to ukryć, ale dzisiaj naprawdę oczy świeciły mu się pełne energi spowodowanej muszlą i przynajmniej częściowym zniwelowaniem rzez nią typowego basiliusowego zmęczenia. Nie chciał jednak za bardzo tego okazywać, gdy widział, że czarownicę coś dręczyło. Prawdę mówiąc to nie rozumiał Millie. Nie rozumiał jej, ani przed Beltane, ani tym bardziej teraz. Ale był w stanie zrozumieć, że jej nie rozumiał i dlatego czasem lepiej było zrozumieć, że nie warto było ciągnąć tematu i po prostu powiedzieć rozumiem. Nie ważne, że przekonywała go ciągle, że jest gejem i to z taką pewnością siebie, że gdy raz po raz jej zaprzeczał, czuł się czasem, jakby to on się mylił, a ona jakimś cudem wiedziała więcej od niego samego. I tak ją lubił.
– I coś co nie jest pieczywem. Na przykład warzywa – dodał, chowając kanapkę, nie chcąc dzisiaj na nią naciskać. Czasem dziwił jej się, że jeszcze nie kazała mu definitywnie spadać za te wszelki próby wciskania jej jedzenia, a nawet jeszcze nie zagroził jej nigdy, że przestanie brać leki, jeśli nie będzie jadła.
– Hm? – Zmarszczył brwi. – Brenna mnie zaprosiła, a co? – Nie miał przecież pojęcia, że jego przyjaciółka, o którą się martwił, że nie jadła kanapki, była tak naprawdę w podziemnej organizacji zwalczającej Śmierciożerców. Ani że ta impreza była dedykowana członkom tej samej podziemnej organizacji. Po prostu założył, że Brenna chciała zorganizować zabawę i zaprosiła swoich znajomych. Nie do końca rozumiał więc czemu miałby się tu jakoś dostawać.
Nie miał jednak okazji, by pociągnąć dalej tego tematu, bo nagle usłyszał ten dziwny śpiew.
– Słyszysz to?– spytał, marszcząc brwi. Pieśń. Pieśń dobiegająca prosto z morza, tak piękna, że przez chwilę dał się jej porwać, uznając, że może rzeczywiście w tej głębi błękitu nie czaiło się żadne zagrożenie, a jedynie piękno.
A potem zaczęło robić się naprawdę śmiesznie.
Woda. Wszędzie wodą. Kiedy wszedł do wody? Na Matkę byli pod wodą. To ta pieśn. Zostali wciągnięcj. Woda wokół nich. Wodą wokół niego. Woda wszędzie. Woda ich zaraz zabije. Pierdolić widoki i przedziwny podmorski ogród. Byli pod wodą. Utopią się. Nie, nie, nie. On nie chciał. Nie, nie, nie. Jak się stąd wydostać? Czy już się topił? Nie, chyba nie, bo odychał. Oddychał? Tak oddychał i to zdecydowanie szybciej niż zwykle.
– Nie, nie, nie. Millie – wyszeptał przez zacisnięte zęby, wbijając drżące palce w ramię przyjaciółki, rzucając jej spanikowane spojrzenie.