19.07.2024, 00:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.07.2024, 00:23 przez Alexander Mulciber.)
Przełknął przyszykowaną ripostę, wyobrażając sobie, jak wyglądałby Bulstrode przełykając żetony, które na siłę wepchnąłby mu do gardła.
Odpalił kolejnego papierosa. Ostatnio palił więcej niż zwykle, ale musiał czymś rekompensować sobie pozostawanie w stanie trzeźwości. Musiał też zatuszować czymś lekkie drżenie rąk, które stawało się tym wyraźniejsze, im bardziej był zmęczony. Nie spał już bodajże od dwóch dni, ale sen rzadko też przynosił mu ulgę: Alexander za mało spał, a za dużo śnił.
Przeklął, chyba po raz tysiączny dzisiaj, nieobecność Diany: wierzył, że ta przynosiła mu szczęście, a Mulciber był człowiekiem przesądnym i całe to zajście sprzed chwili poczytywał za zły omen.
– Wyrównuję – powiedział, przesuwając odpowiednią ilość żetonów do puli. Zaciągnął się dymem. Nie zamierzał zanadto ryzykować, biorąc pod uwagę zamieszanie przy ostatnim rozdaniu.
Porażka bolała, remis bolał jeszcze bardziej, chociaż Alexander nie grał po to, by wygrać, nie, on grał po to, by coś poczuć: gdyby Bulstrode zaczął protestować, zaśmiałby się, i zaoferował, że chętnie wpłaci swoją wygraną w poczet jego, zapewne głodowej, pensji aurora. Może powinni założyć jakąś fundację na rzecz jebanych psów? Ale Bulstrode milczał. Wszyscy milczeli. Więc milczał i Mulciber.
Za łatwo poszło, pomyślał, zapatrzony w przestrzeń z twarzą bez wyrazu. Kto oszukiwał: Bulstrode, kobieta zasiadająca u jego boku, czy krupier?
Zaczął się modlić w myślach, choć nie był pewien, czy powinien nazywać te cudaczne cygańskie pieśni modlitwami: znajdował jednak pewne ukojenie w brzmieniu znajomych słów, tych samych, które miał wyryte na pierścieniach zdobiących jego palce.
Odpalił kolejnego papierosa. Ostatnio palił więcej niż zwykle, ale musiał czymś rekompensować sobie pozostawanie w stanie trzeźwości. Musiał też zatuszować czymś lekkie drżenie rąk, które stawało się tym wyraźniejsze, im bardziej był zmęczony. Nie spał już bodajże od dwóch dni, ale sen rzadko też przynosił mu ulgę: Alexander za mało spał, a za dużo śnił.
Przeklął, chyba po raz tysiączny dzisiaj, nieobecność Diany: wierzył, że ta przynosiła mu szczęście, a Mulciber był człowiekiem przesądnym i całe to zajście sprzed chwili poczytywał za zły omen.
– Wyrównuję – powiedział, przesuwając odpowiednią ilość żetonów do puli. Zaciągnął się dymem. Nie zamierzał zanadto ryzykować, biorąc pod uwagę zamieszanie przy ostatnim rozdaniu.
Porażka bolała, remis bolał jeszcze bardziej, chociaż Alexander nie grał po to, by wygrać, nie, on grał po to, by coś poczuć: gdyby Bulstrode zaczął protestować, zaśmiałby się, i zaoferował, że chętnie wpłaci swoją wygraną w poczet jego, zapewne głodowej, pensji aurora. Może powinni założyć jakąś fundację na rzecz jebanych psów? Ale Bulstrode milczał. Wszyscy milczeli. Więc milczał i Mulciber.
Za łatwo poszło, pomyślał, zapatrzony w przestrzeń z twarzą bez wyrazu. Kto oszukiwał: Bulstrode, kobieta zasiadająca u jego boku, czy krupier?
Zaczął się modlić w myślach, choć nie był pewien, czy powinien nazywać te cudaczne cygańskie pieśni modlitwami: znajdował jednak pewne ukojenie w brzmieniu znajomych słów, tych samych, które miał wyryte na pierścieniach zdobiących jego palce.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat