09.01.2023, 17:44 ✶
Trzymać się z daleka. To wpajał im ojciec od najmłodszych lat, gdy nastroje społeczne czarodziejów się zmieniały i nie dało się uniknąć rozmów na ten temat, a tym bardziej plotek. Ludzie rozmawiali, kłócili się, rozpoczynali temat za każdym razem, gdy przekraczali próg sklepu Ollivanderów, a ojciec Fergusa za każdym razem twierdził, że nie chce się wtrącać. Że to źle wpływa na interesy, zwłaszcza gdy kontrahenci stoją po przeciwnych stronach barykady i chcą, byś się określił. Ale takie podejście też miało swoje wady. Nie możesz przytakiwać wszystkim wokół, licząc na to, że się nie zorientują, tak samo nie możesz wierzyć w to, że jesteś neutralny. Nikt nie jest, każdy musi się w końcu określić.
Tylko że Fergusa nikt nigdy nie nauczył tego, co jest właściwe.
Unosił głowę za każdym razem, gdy za oknem przemykał ktoś z transparentami. Ludzie grupowali się od dłuższego czasu, najwyraźniej planując coś większego, ale gdy tylko podnosił się, by wyjrzeć na zewnątrz, ojciec zaraz znajdował mu coraz to nowsze zajęcie. Miał wrażenie, że będzie go tu trzymał siłą, znając porywczość własnego syna. A Fergus był ciekawy jak diabli, co takiego planowali. Protestowali mugole, protestowali i czarodzieje. Przypadłość ludzka, gdy coś się człowiekowi nie podoba. Ile trzeba mieć w sobie odwagi, żeby w ogóle wyjść pierwszemu na ulicę. Dołączenie do tłumu jest proste, pokierowanie nim to już działka kogoś charyzmatycznego.
Napisy na transparentach, wciąż nawiązujące do tego samego, uświadomiły mu, że właściwie nikt nigdy nie przejmował się zbytnio charłakami. Tak jak mugolakami, których rzucano w szkole na głęboką wodę, zostawiając ich bez żadnego przygotowania wśród czystokrwistych kolegów i licząc na to, że się zaklimatyzują, gdy jednocześnie oderwało się ich od rodziny. Jak mieli żyć ludzie, którzy nie wiedzieli, jak poradzić sobie wśród osób, które o istnieniu magii nie wiedziały, jednocześnie znając jedynie magiczną rzeczywistość? To było podłe, nawet jeśli te wszystkie dzieciaki mugolskiego pochodzenia drażniły go w szkole swoją niewiedzą i tym, że musiał im odpowiadać na wyjątkowo oczywiste pytania. W drugą stronę nie byłoby tak łatwo, mugole nieświadomi istnienia czarodziejów uznawali by charłaków za wariatów. Myślenie o tym wytrącało go z równowagi na tyle, że nie potrafił skupić się na kartach z rachunkami, które wcisnął mu ojciec. A za szybą witrynową zaczęło się robić gęsto od postaci. Aż korciło go, żeby wyjść na ulicę i usłyszeć te okrzyki, dotąd przytłumione przez szkło i zaklęcia wyciszające.
Wykorzystując nieuwagę ojca, wyszedł na zewnątrz, wpadając w wir wydarzeń. Otoczył go dym z rac, tabuny czarodziejów, plakaty wykorzystywane nie tylko do tego, by coś nimi zaprezentować, ale również do walki. Został pociągnięty z tłumem, za którym podążał, by nie zostać rozdeptanym. Ludzie krzyczeli na siebie nawzajem, jedni o prawach osób pozbawionych magii, inni o tym, by zostawić to w spokoju. Niektórzy radykałowie w ogóle o eksterminacji. Kogoś tu zdrowo powaliło.
Uchylił się przed czyjąś pięścią, jednocześnie będąc pociągniętym za ramiona. Wyrwał się tej osobie, zaskoczony chwytem i jednocześnie przerażony faktem, że ktoś go zaatakował. Odwrócił się, zaciskając palce na różdżce, którą miał w kieszeni szaty i uniósł ją, gotowy przyłożyć komuś zaklęciem. Ujrzał jednak znajomą twarz, co sprawiło, że wyluzował.
- Lestrange, przepraszam, myślałem, że chcesz mnie ukatrupić – zawołał do niego, przekrzykując hałas i przysuwając się bliżej jednej ze ścian, by uniknąć przepychanek. – Aż tak niskie masz o mnie mniemanie? – dopytał jeszcze, wskazując na bijących się mężczyzn. William mógł mieć właściwie rację, biorąc pod uwagę, że w szkole przyjaźnił się z Rookwoodem i obaj wdawali się często w różne bójki i pojedynki. Tak jak Lestrange był tym uprzejmym, starszym kolegą, który zawsze wiedział, gdzie skręcić, by dotrzeć do odpowiedniej klasy, tak Fergus mógł być dla niego nieznośnym rozrabiaką, który dopiero z wiekiem nabył trochę ogłady.
- Nie wiedziałem, że lubisz chodzić na protesty – zauważył, unosząc przy tym brew. Nadal zaciskał dłoń na różdżce, na wypadek, gdyby musiał jej użyć. – Jeśli chcesz, możemy spróbować dostać się do mojego sklepu, tam będzie spokojniej – zaproponował, widząc po minie mężczyzny, że raczej nie był zachwycony przebiegiem aktualnych wydarzeń.
Coś w oddali wybuchło, wywołując jeszcze większą panikę wśród ludzi.
Tylko że Fergusa nikt nigdy nie nauczył tego, co jest właściwe.
Unosił głowę za każdym razem, gdy za oknem przemykał ktoś z transparentami. Ludzie grupowali się od dłuższego czasu, najwyraźniej planując coś większego, ale gdy tylko podnosił się, by wyjrzeć na zewnątrz, ojciec zaraz znajdował mu coraz to nowsze zajęcie. Miał wrażenie, że będzie go tu trzymał siłą, znając porywczość własnego syna. A Fergus był ciekawy jak diabli, co takiego planowali. Protestowali mugole, protestowali i czarodzieje. Przypadłość ludzka, gdy coś się człowiekowi nie podoba. Ile trzeba mieć w sobie odwagi, żeby w ogóle wyjść pierwszemu na ulicę. Dołączenie do tłumu jest proste, pokierowanie nim to już działka kogoś charyzmatycznego.
Napisy na transparentach, wciąż nawiązujące do tego samego, uświadomiły mu, że właściwie nikt nigdy nie przejmował się zbytnio charłakami. Tak jak mugolakami, których rzucano w szkole na głęboką wodę, zostawiając ich bez żadnego przygotowania wśród czystokrwistych kolegów i licząc na to, że się zaklimatyzują, gdy jednocześnie oderwało się ich od rodziny. Jak mieli żyć ludzie, którzy nie wiedzieli, jak poradzić sobie wśród osób, które o istnieniu magii nie wiedziały, jednocześnie znając jedynie magiczną rzeczywistość? To było podłe, nawet jeśli te wszystkie dzieciaki mugolskiego pochodzenia drażniły go w szkole swoją niewiedzą i tym, że musiał im odpowiadać na wyjątkowo oczywiste pytania. W drugą stronę nie byłoby tak łatwo, mugole nieświadomi istnienia czarodziejów uznawali by charłaków za wariatów. Myślenie o tym wytrącało go z równowagi na tyle, że nie potrafił skupić się na kartach z rachunkami, które wcisnął mu ojciec. A za szybą witrynową zaczęło się robić gęsto od postaci. Aż korciło go, żeby wyjść na ulicę i usłyszeć te okrzyki, dotąd przytłumione przez szkło i zaklęcia wyciszające.
Wykorzystując nieuwagę ojca, wyszedł na zewnątrz, wpadając w wir wydarzeń. Otoczył go dym z rac, tabuny czarodziejów, plakaty wykorzystywane nie tylko do tego, by coś nimi zaprezentować, ale również do walki. Został pociągnięty z tłumem, za którym podążał, by nie zostać rozdeptanym. Ludzie krzyczeli na siebie nawzajem, jedni o prawach osób pozbawionych magii, inni o tym, by zostawić to w spokoju. Niektórzy radykałowie w ogóle o eksterminacji. Kogoś tu zdrowo powaliło.
Uchylił się przed czyjąś pięścią, jednocześnie będąc pociągniętym za ramiona. Wyrwał się tej osobie, zaskoczony chwytem i jednocześnie przerażony faktem, że ktoś go zaatakował. Odwrócił się, zaciskając palce na różdżce, którą miał w kieszeni szaty i uniósł ją, gotowy przyłożyć komuś zaklęciem. Ujrzał jednak znajomą twarz, co sprawiło, że wyluzował.
- Lestrange, przepraszam, myślałem, że chcesz mnie ukatrupić – zawołał do niego, przekrzykując hałas i przysuwając się bliżej jednej ze ścian, by uniknąć przepychanek. – Aż tak niskie masz o mnie mniemanie? – dopytał jeszcze, wskazując na bijących się mężczyzn. William mógł mieć właściwie rację, biorąc pod uwagę, że w szkole przyjaźnił się z Rookwoodem i obaj wdawali się często w różne bójki i pojedynki. Tak jak Lestrange był tym uprzejmym, starszym kolegą, który zawsze wiedział, gdzie skręcić, by dotrzeć do odpowiedniej klasy, tak Fergus mógł być dla niego nieznośnym rozrabiaką, który dopiero z wiekiem nabył trochę ogłady.
- Nie wiedziałem, że lubisz chodzić na protesty – zauważył, unosząc przy tym brew. Nadal zaciskał dłoń na różdżce, na wypadek, gdyby musiał jej użyć. – Jeśli chcesz, możemy spróbować dostać się do mojego sklepu, tam będzie spokojniej – zaproponował, widząc po minie mężczyzny, że raczej nie był zachwycony przebiegiem aktualnych wydarzeń.
Coś w oddali wybuchło, wywołując jeszcze większą panikę wśród ludzi.