19.07.2024, 22:15 ✶
Przesunęła po blacie notatkę dla Biura Kontroli - zgoda na wgląd w pełną istniejącą dokumentację Charles’a… I Leonarda. Skoro już chciał prześwietlać swoje dzieci, niech robi to porządnie. Chociaż nie spodziewała się, by znalazł w aktach cokolwiek ciekawego.
Nie dyskutowała z nim dalej najwyraźniej przyjmując argument. Nie wnikała w szczegóły, bo te jej najzwyczajniej w świecie nie interesowały. Potrzebował informacji, które Lorien mogła mu za bezcen oddać - i informacje te przy odrobienie wysiłku otrzyma.
Szczerze mówiąc była pewna, że odrzuci jej propozycję. Zabierze papier, pożegna się i wyjdzie załatwić sprawę po swojemu.
- “Non c'è bene più grande della Famiglia”- Wyrecytowała niczym formułkę. Słowa, które matka powtarzała jej od dziecka, które wbiły jej się w pamięć jak upierdliwe pszczele żądło raz po raz przypominając o swoim istnieniu.- Nie ma wyższego dobra nad Rodziną.
Richard nie musiał wiedzieć, że w jej przypadku Rodzina była czymś więcej - plątaniną powiązań, wspólnych interesów i relacji wartych tysiące. Nie, Rick mógł to sobie interpretować w bardziej prozaiczny sposób. Ale mechanizm działania był taki sam. Odciąć szkodliwą gałązkę nim zaszkodzi całemu drzewu.
Jak na człowieka, któremu tego czasu zostało wyjątkowo niewiele, Lorien była konsekwentna w swoich działaniach. Metodyczna. Czy głównym celem było pozbycie się Richarda z domu, a nawet i własnego życia? Może. Ale do tego potrzebowała pozbyć się z szachownicy kilku istotnych pionków. Jeden z nich właśnie się odsłonił.
- Twoja bratanica jest w wieku, gdzie powinniśmy ją wydać za mąż. Która szanująca się rodzina przyjmie pannę uwikłaną w taki skandal obyczajowy? Ja…- Tu zamilkła, uznając ostatecznie, że lepiej nie zdradzać słabości.- Leonard dopiero zaczyna budować tu cokolwiek. Karierę, pozycję. Twój brat…- Znów ta dłuższa cisza - może przez ten wyskok stracić wszystko. Każdy głupiec skojarzy te… abominacje produkowane przez Charles’a z interesem Roberta. I żadna ilość zapewnień jak to “są od siebie niezależne” i “nie mają ze sobą nic wspólnego” tu nie pomoże. To pieprzone świeczki produkowane przez Mulcibera. Ludzie potrafią dodać dwa do dwóch. Kto przy Robercie zostanie z klientów? Dostawców? - Zacisnęła palce u nasady nosa zupełnie jakby nagle złapała ją migrena.
To tylko stres.
Wzięła parę głębszych oddechów, starając się uspokoić narastające emocje. Nawet jeśli opowiadała mu teraz oczywistości, musiał je usłyszeć. Zatrzymać się nad każdą z nich i zastanowić jakie konsekwencje poniosą wszyscy dookoła przez jeden głupi artykuł.
- Charlie wręczył naszym przeciwnikom broń do ręki. Nie każ ginąć od niej całej rodzinie.- Podświadomie Richard musiał wiedzieć do jakiej puenty czarownica zmierza. I chyba po raz pierwszy miał okazję widzieć jak do głosu dochodzi ta surowa Crouchówna, którą przecież Lorien była. Łatwo było o tej cząstce jej duszy kompletnie zapomnieć, patrzeć na nią przez pryzmat Grace.- Odpowiedz sobie na jedno pytanie. Kto jest dla ciebie ważniejszy Richardzie - syn czy brat. A potem zrób to co Mulciber zrobić powinien - wydziedzicz Charles’a póki jeszcze masz czas uratować resztki godności swojej rodziny.
Nie dyskutowała z nim dalej najwyraźniej przyjmując argument. Nie wnikała w szczegóły, bo te jej najzwyczajniej w świecie nie interesowały. Potrzebował informacji, które Lorien mogła mu za bezcen oddać - i informacje te przy odrobienie wysiłku otrzyma.
Szczerze mówiąc była pewna, że odrzuci jej propozycję. Zabierze papier, pożegna się i wyjdzie załatwić sprawę po swojemu.
- “Non c'è bene più grande della Famiglia”- Wyrecytowała niczym formułkę. Słowa, które matka powtarzała jej od dziecka, które wbiły jej się w pamięć jak upierdliwe pszczele żądło raz po raz przypominając o swoim istnieniu.- Nie ma wyższego dobra nad Rodziną.
Richard nie musiał wiedzieć, że w jej przypadku Rodzina była czymś więcej - plątaniną powiązań, wspólnych interesów i relacji wartych tysiące. Nie, Rick mógł to sobie interpretować w bardziej prozaiczny sposób. Ale mechanizm działania był taki sam. Odciąć szkodliwą gałązkę nim zaszkodzi całemu drzewu.
Jak na człowieka, któremu tego czasu zostało wyjątkowo niewiele, Lorien była konsekwentna w swoich działaniach. Metodyczna. Czy głównym celem było pozbycie się Richarda z domu, a nawet i własnego życia? Może. Ale do tego potrzebowała pozbyć się z szachownicy kilku istotnych pionków. Jeden z nich właśnie się odsłonił.
- Twoja bratanica jest w wieku, gdzie powinniśmy ją wydać za mąż. Która szanująca się rodzina przyjmie pannę uwikłaną w taki skandal obyczajowy? Ja…- Tu zamilkła, uznając ostatecznie, że lepiej nie zdradzać słabości.- Leonard dopiero zaczyna budować tu cokolwiek. Karierę, pozycję. Twój brat…- Znów ta dłuższa cisza - może przez ten wyskok stracić wszystko. Każdy głupiec skojarzy te… abominacje produkowane przez Charles’a z interesem Roberta. I żadna ilość zapewnień jak to “są od siebie niezależne” i “nie mają ze sobą nic wspólnego” tu nie pomoże. To pieprzone świeczki produkowane przez Mulcibera. Ludzie potrafią dodać dwa do dwóch. Kto przy Robercie zostanie z klientów? Dostawców? - Zacisnęła palce u nasady nosa zupełnie jakby nagle złapała ją migrena.
To tylko stres.
Wzięła parę głębszych oddechów, starając się uspokoić narastające emocje. Nawet jeśli opowiadała mu teraz oczywistości, musiał je usłyszeć. Zatrzymać się nad każdą z nich i zastanowić jakie konsekwencje poniosą wszyscy dookoła przez jeden głupi artykuł.
- Charlie wręczył naszym przeciwnikom broń do ręki. Nie każ ginąć od niej całej rodzinie.- Podświadomie Richard musiał wiedzieć do jakiej puenty czarownica zmierza. I chyba po raz pierwszy miał okazję widzieć jak do głosu dochodzi ta surowa Crouchówna, którą przecież Lorien była. Łatwo było o tej cząstce jej duszy kompletnie zapomnieć, patrzeć na nią przez pryzmat Grace.- Odpowiedz sobie na jedno pytanie. Kto jest dla ciebie ważniejszy Richardzie - syn czy brat. A potem zrób to co Mulciber zrobić powinien - wydziedzicz Charles’a póki jeszcze masz czas uratować resztki godności swojej rodziny.