— Regina Rowle?
Pytanie sprawiło jej fizyczny ból i Olbrzymka momentalnie skuliła się w sobie, czując napływającą falę rozpaczy. Tyle że potem usłyszała „przepraszam” i pytanie, czy potrzebuje pomocy. To sprawiło, że nieco oprzytomniała, bo spodziewała się kolejnych wyrzutów, a nie tego.
Niedelikatnie otarła twarz, próbując się jakkolwiek pozbierać w całość i spojrzała, o dziwo, do góry, na…
— Brenna? Nie, khem… — odkaszlnęła i rękawem otarła słone krople z policzków. — Nie, nic mi nie jest, po prostu…
Co właściwie się stało? Szła do banku, skręciła, żeby przejść na mniej zaludnioną ulicę i wpadła w koszmar. A teraz, gdzie była? Nadal na Pokątnej? Ile to trwało? Pytania mnożyły się, a odpowiedzi topniały niczym śnieg w wiosnę. Do tego dochodził jeszcze ćmiący ból z tyłu głowy, chyba walnęła potylicą w ścianę.
— C-co tu robisz?
Spytała, jakby to nie ona siedziała teraz pod ścianą, w obmierzłym zaułku i wyglądała jak zagubiony dzieciak. Czuła się tym gorzej, że dotarło do niej, w jakim jest stanie i jak żałośnie musi teraz wyglądać. Regina Rowle, przezywana Olbrzymką, siedzi zasmarkana i zapłakana za śmietnikami w jakiejś londyńskiej dziurze.
— Naprawdę, nic mi nie jest. — mruknęła, próbując się podnieść, ale gdzieś w połowie, świat zatańczył jej przed oczami i z powrotem klapnęła na tyłek, klnąc pod nosem.
Odgarnęła kosmyki włosów, które uciekły z warkocza i podjęła:
— Nie mam pojęcia, co się stało. Szłam do banku, skręciłam w uliczkę i potem… Potem miałam wrażenie, że Londyn zmienił się w labirynt, w dodatku pusty, nie było nikogo oprócz… Nieważne, po prostu nie było nikogo.
Spojrzała na swoje dłonie, jakby to na nich miała wypisane wytłumaczenie, co się stało. Oczywiście tak nie było, więc po prostu wpatrywała się w drobne blizny na nich i linie, z których wróżbici potrafili wyczytywać przyszłość oraz przeszłość. O tej drugiej chciałaby teraz zapomnieć.