09.01.2023, 19:38 ✶
Plany i wyobrażenia miały to do siebie, że zazwyczaj nigdy się nie ziszczały. Mogłeś stworzyć milion scenariuszy w swojej głowie, a ostatecznie los sprawiał, że i tak żaden z nich nie doszedł do skutku. Nawet nie chodziło o to, że mogłeś się zająknąć, wygłaszając przemówienie, które w myślach brzmiało perfekcyjnie – czasem po prostu zdarzały się takie wypadki, których ludzki umysł nie był w stanie przewidzieć. Jak inaczej określić to, że szkatułka rzuca się z zębami, gdy nawet nie wiesz, że istnieje możliwość otwarcia jej? Kiedy nawet nie planujesz jej dotykać, ale zapach i zaklęcie zadziałały mamiąco na umysł, niczym syrena wciągająca pod wodę, by zabić nieszczęśnika, który wpadnie w jej ramiona.
Fergus właśnie tak się czuł, jakby ktoś go wrzucił do akwarium i kazał spoglądać na świat nie tylko przez wodę, ale również szybę, które na dodatek nie pozwalały niczego dosłyszeć. Wiedział, że Castiel coś do niego mówił, widział poruszające się usta, ale słowa zlewały się w niezidentyfikowaną całość. Szumiało mu w uszach, a w oczach miał mroczki. Najmniejszy ruch wywoływał mdłości, a jedyne, co do niego docierało, to ból tak silny, jakby coś rozszarpywało mu rękę.
- Cas, nie wiem, co się stało, to samo tak wyszło – jęczał cicho, gdy ten sadzał go na krześle. Na chwilę pomogło, odzyskał ostrość widzenia. Trząsł się, czuł dreszcze, choć jednocześnie pocił się z gorąca. Najgorsze palenie wciąż pozostawało jednak na ręce. Nadal nie rozumiał, jak to paskudztwo się tam znalazło, jak mógł dać się tak łatwo omotać. Nawet jeśli nie doszedł do żadnych konkretów podczas kursu klątwołamacza, logika nakazywała stosować się do zaleceń bardziej doświadczonych osób. A on je zignorował, pozwalając omotać się antycznej zabawce, która nie była wcale tak nieszkodliwa, jak z pozoru sądził. Był słaby, skoro w tak łatwy sposób coś wpłynęło na jego umysł. Ale w tym wszystkim najbardziej bał się reakcji Castiela, przeklinającego i próbującego opanować sytuację. Zawiódł go, zjebał po całości. A przecież Flint zostawił go samego na zaledwie dwie minuty.
Syknął z bólu, wciąż trzymając zgiętą rękę. Krew wsiąkała mu w koszulę, którą miał na sobie. Gdy szkatułka przestała brzęczeć, modlił się w duchu, że się dezaktywowała, ale ona zamiast tego zacisnęła się mocniej. Na tyle, że miał wrażenie, że za chwilę wbije mu się w kość.
- Boli bardziej – wymamrotał i zacisnął zęby, jakby to miało w jakikolwiek pomóc. Nie wpływało na polepszenie jego sytuacji, zupełnie jej nie zmieniało. – Czy to odgryzie mi rękę? – zapytał przerażony, zagłuszając swoimi słowami kolejne cykanie. Ufał Castielowi, chciał mu ufać, ale z tyłu głowy siedziało mu to, że miał nad tym pracować długimi miesiącami. Nawet jeśli twierdził, że zdejmie to z Fergusa, nie mógł mu bezwarunkowo uwierzyć. Nie wiedzieli, z czym mają do czynienia. Była to paskudna, bardzo stara magia. I chociaż nie chciał, jego umysł odpłynął w kierunku starej wróżki, do której poszedł dla żartu i która pokazała mu w filiżance ponuraka. Wyśmiał ją, twierdząc, że pewnie straszy w ten sposób wszystkich. A jeśli los się na nim za to mścił? Czy umrze właśnie tak, zagryziony przez jakiś rupieć w zakurzonej klitce Castiela?
Nie pamiętał, w jaki sposób jego ręka znalazła się na biurku. Podejrzewał, że to Flint ją tam przełożył, mówiąc do niego, ale świat znów zaczął mu się zamazywać. Znów krzyknął, gdy szkatułka po raz kolejny się zacisnęła, jak żywy ogień palący jego mięśnie. Zamknął oczy, zacisnął szczękę i oparł głowę na biurku, szukając jakiegoś wytchnienia, ale zupełnie nic nie działało. Już nawet pozwoliłby mu uciąć tę rękę, byle przestało boleć.
Ja pierdolę, wyrwało mu się tak cicho, że zostało to stłumione przez drewno biurka, o które się opierał. Miał wrażenie, że poczuł na ustach ciepłą ciecz, która musiała być jego własną krwią płynącą z ręki. Im więcej jej było, tym bardziej zamroczony się czuł.
Fergus właśnie tak się czuł, jakby ktoś go wrzucił do akwarium i kazał spoglądać na świat nie tylko przez wodę, ale również szybę, które na dodatek nie pozwalały niczego dosłyszeć. Wiedział, że Castiel coś do niego mówił, widział poruszające się usta, ale słowa zlewały się w niezidentyfikowaną całość. Szumiało mu w uszach, a w oczach miał mroczki. Najmniejszy ruch wywoływał mdłości, a jedyne, co do niego docierało, to ból tak silny, jakby coś rozszarpywało mu rękę.
- Cas, nie wiem, co się stało, to samo tak wyszło – jęczał cicho, gdy ten sadzał go na krześle. Na chwilę pomogło, odzyskał ostrość widzenia. Trząsł się, czuł dreszcze, choć jednocześnie pocił się z gorąca. Najgorsze palenie wciąż pozostawało jednak na ręce. Nadal nie rozumiał, jak to paskudztwo się tam znalazło, jak mógł dać się tak łatwo omotać. Nawet jeśli nie doszedł do żadnych konkretów podczas kursu klątwołamacza, logika nakazywała stosować się do zaleceń bardziej doświadczonych osób. A on je zignorował, pozwalając omotać się antycznej zabawce, która nie była wcale tak nieszkodliwa, jak z pozoru sądził. Był słaby, skoro w tak łatwy sposób coś wpłynęło na jego umysł. Ale w tym wszystkim najbardziej bał się reakcji Castiela, przeklinającego i próbującego opanować sytuację. Zawiódł go, zjebał po całości. A przecież Flint zostawił go samego na zaledwie dwie minuty.
Syknął z bólu, wciąż trzymając zgiętą rękę. Krew wsiąkała mu w koszulę, którą miał na sobie. Gdy szkatułka przestała brzęczeć, modlił się w duchu, że się dezaktywowała, ale ona zamiast tego zacisnęła się mocniej. Na tyle, że miał wrażenie, że za chwilę wbije mu się w kość.
- Boli bardziej – wymamrotał i zacisnął zęby, jakby to miało w jakikolwiek pomóc. Nie wpływało na polepszenie jego sytuacji, zupełnie jej nie zmieniało. – Czy to odgryzie mi rękę? – zapytał przerażony, zagłuszając swoimi słowami kolejne cykanie. Ufał Castielowi, chciał mu ufać, ale z tyłu głowy siedziało mu to, że miał nad tym pracować długimi miesiącami. Nawet jeśli twierdził, że zdejmie to z Fergusa, nie mógł mu bezwarunkowo uwierzyć. Nie wiedzieli, z czym mają do czynienia. Była to paskudna, bardzo stara magia. I chociaż nie chciał, jego umysł odpłynął w kierunku starej wróżki, do której poszedł dla żartu i która pokazała mu w filiżance ponuraka. Wyśmiał ją, twierdząc, że pewnie straszy w ten sposób wszystkich. A jeśli los się na nim za to mścił? Czy umrze właśnie tak, zagryziony przez jakiś rupieć w zakurzonej klitce Castiela?
Nie pamiętał, w jaki sposób jego ręka znalazła się na biurku. Podejrzewał, że to Flint ją tam przełożył, mówiąc do niego, ale świat znów zaczął mu się zamazywać. Znów krzyknął, gdy szkatułka po raz kolejny się zacisnęła, jak żywy ogień palący jego mięśnie. Zamknął oczy, zacisnął szczękę i oparł głowę na biurku, szukając jakiegoś wytchnienia, ale zupełnie nic nie działało. Już nawet pozwoliłby mu uciąć tę rękę, byle przestało boleć.
Ja pierdolę, wyrwało mu się tak cicho, że zostało to stłumione przez drewno biurka, o które się opierał. Miał wrażenie, że poczuł na ustach ciepłą ciecz, która musiała być jego własną krwią płynącą z ręki. Im więcej jej było, tym bardziej zamroczony się czuł.