Chrzanić to, że przekręciła zaklęcie i tak nie miała możliwości go rzucić, bo szarańcza chochlików dopadła ją na dobre. Musiała walczyć o dwie rzeczy, żeby nie wydłubały jej oczu oraz nie zabrały różdżki. Prędko się okazało, że to drugie było znacznie prostsze.
Spośród rozwalających bębenki pisków dotarł do niej krzyk Fergusa. Jeden, drugi i nagle wszystko ucichło. Rowle zastygła na kilka sekund i po tym czasie powolutku wyjrzała zza przedramion, którymi się zakrywała przed ciosami chochlików.
— Fergus? — spytała ostrożnie, prostując się do końca.
Niebieskie szkodniki pływały w powietrzu, całkowicie pominięte przez prawa fizyki. Zdziwione mrugały i rozglądały się po sobie oraz po dwójce czarodziejów, nie bardzo ogarniając swoimi małymi móżdżkami, co takiego się właśnie wydarzyło.
— Starczy tego. — warknęła ni to do siebie, ni to do Fergusa i wycelowała różdżkę w stronę chochlików.
Długie pasmo kory oderwało się od najbliższego drzewa i w kilka sekund zmieniło w wypleciony koszyk z pokrywką. Kolejne ruchy Reginy sprawiły, że chochliki trafiły do ów kosza i zostały w nim zamknięte.
— Chodźmy, nim czar przestanie działać. — zaproponowała, chowając różdżkę do pokrowca i po chwili spytała Fergusa. — Czemu nagle cię naszło na włosy jednorożca? Myślałam, że ostatnia dostawa wystarczy wam do końca przyszłego miesiąca.