09.01.2023, 21:56 ✶
Wybuch. Krzyk inkantacji, wyładowanie ładujące na błyszczącej tarczy, spalające w popiół jej brzegi. Wyobraził sobie co mogłoby to zrobić ze skórą gdyby nie refleks Brenny. On się spóźnił, był zbyt skołowany, przejęty tym, co zostało w ciele Fergusa. Nie dałby rady bez Brenny. Popatrzył na nią z szeroko otwartymi oczami, czując wobec niej niewyobrażalne pokłady wdzięczności. Gdyby nie kochał tego faceta to kochałby ją. Zaraz. Wróć. Naprawdę o tym pomyślał? Za dużo czarnej magii, za dużo stresu, racjonalność pękała w fundamentach. Musiał jeszcze wytrzymać, wydawało się, że idą w dobrym kierunku. Machnął różdżką w powietrzu, rozrzedzając opadający na nich popiół. Zakasłał w zgięcie łokcia, niechcący wdychając zatruty dym. To też później będzie analizować. Jego jedna myśl to uratować Fergusa.
- Trzymaj go. Wyjmę to w końcu.- przytknął różdżkę do oderwanego wieka - wciąż słyszał w uszach ostrzegawcze pikanie! - i stanowczym, silnym zaklęciem wyciągnął wieko ze szpikulcami upaćkanymi krwią.
Gorzko tego pożałował.
Krew z nadgarstka Fergusa buchnęła gwałtownie na jego ubranie. Usłyszał swój krzyk, a może to był głos Fergusa? A może całej trójki? Odłożył różdżkę i rzucił się do jego ręki, obiema dłońmi bardzo mocno uciskając ranę. Widział krew, znikąd znalezioną opaskę, rozerwane mięśnie na jego ręku, smród czarnej magii. Gorąca posoka wydostawała się spod jego rąk. Jak to było? Czarna magia potęguje obrażenia, są jeszcze trudniejsze do wyleczenia i bardzo łatwo od nich umrzeć. To był jakiś koszmar. To nie mogło dziać się naprawdę.
- Brenna, szybko! Sprowadź uzdrowiciela. Kurwa, ile krwi. Za dużo krwi. Do jasnej avady. Nie umieraj.- głos miał niemal płaczliwy. Bardzo, bardzo się bał, że zabił Olivandera. Krew była wszędzie. Krzyk wwiercał się w uszy. Był w stanie tylko uciskać z całej siły ranę - a nie był na szczęście chucherkiem - i patrzeć jak ulatuje z niego życie. Krzyczał coś do Brenny ale nie pamiętał nawet jednego słowa. Wszystkie składały się na tę samą definicję - wezwij kogoś na ratunek bo on zawiódł.
- Trzymaj go. Wyjmę to w końcu.- przytknął różdżkę do oderwanego wieka - wciąż słyszał w uszach ostrzegawcze pikanie! - i stanowczym, silnym zaklęciem wyciągnął wieko ze szpikulcami upaćkanymi krwią.
Gorzko tego pożałował.
Krew z nadgarstka Fergusa buchnęła gwałtownie na jego ubranie. Usłyszał swój krzyk, a może to był głos Fergusa? A może całej trójki? Odłożył różdżkę i rzucił się do jego ręki, obiema dłońmi bardzo mocno uciskając ranę. Widział krew, znikąd znalezioną opaskę, rozerwane mięśnie na jego ręku, smród czarnej magii. Gorąca posoka wydostawała się spod jego rąk. Jak to było? Czarna magia potęguje obrażenia, są jeszcze trudniejsze do wyleczenia i bardzo łatwo od nich umrzeć. To był jakiś koszmar. To nie mogło dziać się naprawdę.
- Brenna, szybko! Sprowadź uzdrowiciela. Kurwa, ile krwi. Za dużo krwi. Do jasnej avady. Nie umieraj.- głos miał niemal płaczliwy. Bardzo, bardzo się bał, że zabił Olivandera. Krew była wszędzie. Krzyk wwiercał się w uszy. Był w stanie tylko uciskać z całej siły ranę - a nie był na szczęście chucherkiem - i patrzeć jak ulatuje z niego życie. Krzyczał coś do Brenny ale nie pamiętał nawet jednego słowa. Wszystkie składały się na tę samą definicję - wezwij kogoś na ratunek bo on zawiódł.