Urlett nie trzymała uraz długo. To znaczy, o ile nie nabyła jej w pierwszych sekundach po poznaniu. Pierwsze wrażenie w jej przypadku kształtowało całą relację na bardzo długi czas. Wszelkie zmiany wymagały czasu, by zaaplikowały się w jej umyśle.
— Również mam taką nadzieję — rzekła, chcąc podpytać jeszcze o Shafiqa, skoro Celine zdawała się znać mężczyznę, ale ruszyły już dalej.
Weszły do nieszczęsnego pomieszczenia zapełnionego liczbami, ale przecież nie na stół musiała patrzeć. Skupiła się na dostojnej czarownicy, którą z pewnością warto znać. Resztę towarzystwa również objęła wzrokiem, nie spuszczając z twarzy nieco zbyt entuzjastycznego uśmiechu.
— Niezmiernie miło mi państwa poznać. To prawdziwa przyjemność, być goszczonym na tak wyjątkowym przyjęciu w gronie samych znamienitych osobistości.
Jej słowa były jak nauczona na pamięć formułka, to samo tyczyło się gestu staroświeckiego dygnięcia. Niemniej, wyszło jej to grzecznie i elegancko. Zawiesiła dłuższe spojrzenie na Matthiasie, w celu szybkiego skanu pod kątem potencjalnego kandydata na męża, ale i tak nie planowała wdawać się w mariaże z francuską krwią.
Zauważyła, w jaki sposób Celine przestawiła ją towarzystwu. "Przyjaciółka". Nieco speszyło to Urlett, nie wiedziała bowiem, co dokładnie czarownica ma przez to na myśli. Czy w Anglii określano tak po prostu zaufane jednostki, czy może przez te kilka dni znajomości, zbliżyły się do siebie bardziej, niż przypuszczała? Islandzka panienka nie spotkała dotąd nikogo, kto mógłby nosić miano "przyjaciela". Odcień jej włosów, był tak samo szary, jak zabarwienie jej najbliższych relacji. Przez to też nie rozwinęła tej naturalnej istotom społecznym umiejętności pozwalającej wyczuć bliskość, określić poziom znajomości. Teraz starała się nie myśleć na ten temat, skupiając się na otaczających ją ludziach.