Och, jak bardzo obie nie miały pojęcia co do tego, jak wygląda sytuacja! Zaklęcia rzucane na umysł człowieka, na mieszkanie, znikające instrumenty, jakieś teleportacje w popłochu, chuje muje dzikie węże – teorii tyle, co palców na ręce, ale żadna z nich nie podejrzewała tego, co tu się naprawdę dzieje.
– Z jakimiś tam mam kontakt, ale jak kogoś polecasz, to tez nie pogardzę poleceniem – był taki czas, że Victoria sama rozważała kurs klątwołamania, ale jednak skusiły ją inne rzeczy. Niemniej miała jakiś tam kontakt w klątwołamaczami, złapała kilku, gdy polepszała też swoje umiejętności z rozpraszania magii, no i była też kuzynka Laurenta, która łamała „klątwę” pomiędzy nią i Saurielem. Ach, króliczki doświadczalne. W każdym razie była za tym, żeby we dwie się tu rozejrzały, bo może Brenna zauważy coś, co jej tyle czasu umykało?
[a]Najpierw Brenna poderwała głowę, a za chwilę i Victoria dosłyszała ten dziwny dźwięk. Aż zmrużyła oczy gapiąc się w sufit salonu – no jeszcze tego brakowało. Szczury? W konstrukcji budynku? SZCZURY?! Aż zgrzytnęła zębami, ale nie, żaden z jej kiciusiów nie był nawet zainteresowany tematem.
– Nosz kurwa mać – warknęła w odpowiedzi na pytanie Brenny, bo tak, niestety też to słyszała. Nie bębny. Nie napierdalanie w instrumenty. Nie darcie mordy. Teraz szczur, tak?! Dopiero po chwili dotarło do niej, że Brenna też to słyszała i w końcu nieco bezmyślnie spojrzała na przyjaciółkę, po czym bardzo, ale to bardzo ciężko westchnęła i schyliła się, żeby odstawić Lunę na fotel. A potem zaczęła się rozglądać po salonie, z tą głową zadartą i dłońmi ułożonymi na biodrach, aż w końcu prawie przegapiłaby tę małą kratkę wentylacyjną, ale nie. Zauważyła ją, a potem przekrzywiła głowę w stronę prawego ramienia. Koty nadal nie reagowały, bardziej po prostu przyglądały się Victorii i Brennie o co ten cały ambaras.
Lestrange wcale nie tak powoli jak to na co dzień miała w zwyczaju podeszła do ściany, która graniczyła też z mieszkaniem Thorana i stanęła centralnie pod tą kratką, na którą wcześniej nie zwróciła żadnej uwagi (ot… no kratka) i wpatrzyła się w nią oburzonym wzrokiem, ciągle trzymając się pod boki. A potem nadstawiła ucha, przybliżając się do ściany jeszcze bardziej.
Szur szur szur szur.
Tu na pewno było to słychać głośniej. Victoria odsunęła się gwałtownie od ściany i odwróciła do Brenny,
– Ki chuj… – tak, natężenie przekleństw tej nocy było spore, ale Tori miała już zwyczajnie dość, była nabuzowana i zdenerwowana tym cyrkiem. Sufit, jak to w kamienicy, był wysoko, więc nie dosięgłaby tam rękoma, Brenna zresztą też nie. Mogła tę kratkę ściągnąć magią, ale i tak musiałaby tam zajrzeć, więc… – Podsadzisz mnie? Zobaczę, co tam jest.