Urlett nie wyczuła fałszu w śmiechu Celine. Nie wyłapywała subtelności, nawet takich, które na określenie "subtelność" były już zbyt duże. Do niej trzeba było mówić dużymi literami. Jasno i wyraźnie. Krótko i na temat. Chociaż co do tej drugiej kombinacji sama nie potrafiła się stosować.
— Oczywiście! — Skinęła głową. Rozpoczęcie od magicznej strony było jak najbardziej sensowne. W końcu to centrum miasta — przynajmniej dla czarodziejów. To tam mogła najwygodniej wypatrywać potencjalnych celów bez obaw, że napotkany przechodzeń okaże się mugolem. Co nie znaczyło, że tylko to chodziło jej po głowie. Wizyta w innych interesujących miejscach zdawała się być równie ekscytująca.
— Niestety ta sprawa nie jest nie jest zbyt dobrze udokumentowana i teraz już za późno na zrobienie czegoś w tej kwestii. Z opowieści mojej matki wynika, że tak, Quirrelowie chcieli "przejąć" zaszczyt bycia nazywanymi "potomkami Slytherina", dlatego aranżowali tak wiele małżeństw z moją rodziną, i w związku z tym w generacji mojej matki nie było już żadnych mężczyzn, którzy mogliby przejąć nazwisko Gaunt. No ale nazwisko nazwiskiem. Gorzej sprawa tu wygląda w kwestii zbyt bliskiego pokrewieństwa małżonków... — Tu się na chwilę zatrzymała. Bardzo nie lubiła poruszać tej kwestii. Przyznawać się, że ma w sobie skrzywione geny z chowu wsobnego. — Ogólnie rzecz biorąc, nawet posiadając zapisy genealogiczne, nie jesteśmy w stanie poznać przyczyn takiego, a nie innego biegu wydarzeń. Te informacje przepadły wraz z moimi pradziadkami.
Z początku była ożywiona przy tak zajmującym temacie, lecz jego nieprzyjemność uwidoczniła się na twarzy. Uśmiech nie zniknął z twarzy. To oczy owiała smutna aura, której Urlett w lustrze by nie dostrzegła, ale każdy z odrobiną empatii już tak.
— Och, i tak, oczywiście, proszę mówić do mnie po imieniu, jeśli to jest dla ciebie wygodniejsze, panno Delacour — dodała spiesznie, jakby ta sprawa wymagała natychmiastowej odpowiedzi.
Chociaż Urlett posługiwała się staromoświecką etykietą, nie wymagała tego samego od innych, a przynajmniej nie w takiej intensywności. Niegrzeczne zachowanie wciąż uznawała za niegrzeczne, ale nie oczekiwała bycia przepuszczaną w drzwiach, wstawania przy stole z powodu jej przybycia, czy właśnie formalnego zwracania się. Uznawała takie rzeczy za absolutnie niepotrzebne, jednocześnie samej odruchowo dostosowując się do sztywnych reguł, jakie wykuła w jej umyśle matka.