Obdarowała ją przeciągłym spojrzeniem, jakby wahała się nad odpowiedzią, ale wreszcie znalazła słowa, w które ubrała swoje myśli.
— Tak, powiedzmy, że świat wygląda normalnie.
Opuściła ręce wzdłuż ciała, chcąc sprawdzić, czy jest w stanie ustać o własnych siłach. Całe szczęście była i nawet świat coraz mniej się kołysał.
— Uroki pracy jako brygadzista, co? Nie jestem pewna, ale chyba wolałabym oberwać od ciebie drętwotą, niż żebyś znajdowała mnie w zaułku w takim stanie.
Westchnęła ciężko, jakby całe zdarzenie naprawdę zarysowało dumę Rowle. Całe szczęście tyłek miała w całości. Pokiwała głową na słowa Brenny i odpowiedziała:
— Pierwsze słyszę o tych bagnach, ale dobrze wiedzieć. Co do Mugna, to jakoś nie darzę uzdrowicieli… Zaufaniem? Chyba tak to mogę ująć. Źle złożona noga nadal potrafi mi dokuczać, ale mniejsza z tym.
Rowle zaczęła grzebać po kieszeniach, aż nie wyciągnęła małego metalowego pudełka. Na jego powierzchni było coś wygrawerowane, ale tak szybko je otworzyła, że nie dało się dostrzec, co dokładnie. W środku były żółte landrynki i to całkiem sporo.
Wyciągnęła pudełko w stronę Brenny i niezależnie czy ta wzięła, czy nie, sama później wpakowała sobie jednego cukierka do ust. Imbirowy posmak odegnał resztki dymu z kadzidła.
— Landrynki imbirowe i nie mam problemu, żeby złożyć zeznania. Może przypomni mi się coś jeszcze do tego czasu.
Oby nie, pomyślała od razu, drugi raz spotkania z nią nie przeżyję.
— Na pewno nie, ale skoro kilka osób było pod wpływem tego czegoś, to może łatwiej będzie ci znaleźć coś, co nas wszystkich łączy. Może przechodziliśmy tą samą drogą? Albo rzeczywiście ktoś sobie zrobił późny Prima Aprilis i coś wrzucił do jedzenia w Dziurawym.
Zamilkła na chwilę, kiedy ruszyły w stronę wyjścia zaułku. Nadal starała się przywołać w myślach to umykające wspomnienie. Frustrowało ją to jak zawijająca się w bucie skarpetka lub wpijający się w ciało drut ze stanika. Tym gorsze było to, że nic nie mogła z tym zrobić.
— Domyślam się, że jak zaproponuję pomoc w odnalezieniu tych śmieszków, to ją odrzucisz. Dlatego po prostu zostawię ci swój adres, gdybyś chciała to zeznanie i poproszę cię, żebyś nie szukała ich sama.
Z odmętów kieszeni wygrzebała notatnik i wieczne pióro. Na kartce naskrobała adres, z którego wynikało, że chwilo zajmuje pokój w Dziurawym Kotle, wyrwaną kartkę złożyła na cztery i podała Brennie.
— Cokolwiek to było, lepiej byłoby mieć kogoś, kto w razie co będzie przytomny.
I wyrwie cię z odmętów niechcianych wspomnień lub czegoś jeszcze gorszego, dodała w myślach, spoglądając na Brennę.