21.07.2024, 17:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:17 przez Lorraine Malfoy.)
– Błahe wydarzenie może odegrać dużą rolę – odpowiedziała gładko. Czy nie tak brzmiała dewiza Malfoyów? Było coś ostatecznego w spojrzeniu Lorraine: mierząc Erika wzrokiem, szacowała wymiary jego trumny, dobierała drewno – modrzew, stwierdziła natychmiast, ozdobniki z jarzębiny – w myślach ułożyła też pogrzebową wiązankę i wybrała krój marynarki, która najlepiej podkreśliłaby barczyste ramiona mężczyzny. Niektórzy oceniali ludzi po butach, Lorraine oceniała ludzi po trumnach. Grzebała ich potem na cmentarzysku pamięci – w nekropolii wyobraźni.
Szkoda, że zmarłym zamykano oczy – wiedziała, jaki kolor garnituru najpiękniej uwydatniłby wilcze ślepia Erika.
– Pańska rozwaga jest godna pochwały: dzięki niej możemy siedzieć przy jednym stole – odniosła się do wspomnianej już napaści na osobę Anthony'ego. Skryta za smugami dymu papierosowego jak za opalizującym obłokiem wonnych kadzideł płonących za kontuarem Necronomiconu, pochylała się nad otrzymanymi kartami jak gdyby chyliła głowę przed świętym obrazem Matki w milczącym skupieniu kowenowej bożnicy.
Wyglądała przez chwilę tak jakby się modliła.
– Anthony, mój drogi – zwróciła się w stronę przyjaciela, nie będąc do końca pewną, jak interpretować nagłe milczenie: akolitka śmierci zapraszająca boga podziemi do rozmowy – bądź łaskaw przypomnieć – ta wiosenna premiera Hamleta, która tak nam przypadła do gustu – to było w siedemdziesiątym, wcześniej? Och, tak wyrównuję. – Zaraz podjęła przerwany wątek. – Ostatnie przedstawienie zepsuł zaklęty rekwizyt. Czaszka rzuciła się na odtwórcę tytułowej roli, kiedy uniósł ją, wygłaszając popisowe solilokwium. Selwynowie rzekomo pogrzebali kości w katakumbach pod teatrem… Może następnym razem rzuć nią w tych obmierzłych opryszków, skoro są tak spragnieni kulturalnych doświadczeń?
Lorraine uśmiechnęła się łobuzersko.
– Nie zawsze dostajesz to, czego chcesz – wymruczała przekornie, niby to przypadkiem odkrywając na chwilę swoje karty przed Eden, kiedy nachyliła się nad uchem kuzynki – ale dopóki kręcisz kołem, nie musisz obawiać się konsekwencji.
Szkoda, że zmarłym zamykano oczy – wiedziała, jaki kolor garnituru najpiękniej uwydatniłby wilcze ślepia Erika.
– Pańska rozwaga jest godna pochwały: dzięki niej możemy siedzieć przy jednym stole – odniosła się do wspomnianej już napaści na osobę Anthony'ego. Skryta za smugami dymu papierosowego jak za opalizującym obłokiem wonnych kadzideł płonących za kontuarem Necronomiconu, pochylała się nad otrzymanymi kartami jak gdyby chyliła głowę przed świętym obrazem Matki w milczącym skupieniu kowenowej bożnicy.
Wyglądała przez chwilę tak jakby się modliła.
– Anthony, mój drogi – zwróciła się w stronę przyjaciela, nie będąc do końca pewną, jak interpretować nagłe milczenie: akolitka śmierci zapraszająca boga podziemi do rozmowy – bądź łaskaw przypomnieć – ta wiosenna premiera Hamleta, która tak nam przypadła do gustu – to było w siedemdziesiątym, wcześniej? Och, tak wyrównuję. – Zaraz podjęła przerwany wątek. – Ostatnie przedstawienie zepsuł zaklęty rekwizyt. Czaszka rzuciła się na odtwórcę tytułowej roli, kiedy uniósł ją, wygłaszając popisowe solilokwium. Selwynowie rzekomo pogrzebali kości w katakumbach pod teatrem… Może następnym razem rzuć nią w tych obmierzłych opryszków, skoro są tak spragnieni kulturalnych doświadczeń?
Lorraine uśmiechnęła się łobuzersko.
– Nie zawsze dostajesz to, czego chcesz – wymruczała przekornie, niby to przypadkiem odkrywając na chwilę swoje karty przed Eden, kiedy nachyliła się nad uchem kuzynki – ale dopóki kręcisz kołem, nie musisz obawiać się konsekwencji.