21.07.2024, 21:03 ✶
W wyobraźni Oleandra powitania usłane były aromatycznymi, delikatnymi płatkami róż; dryfowały na spokojnej tafli rzeczywistości, przysłaniając możliwość spojrzenia w nią, aby dostrzec odbicie stanu faktycznego. Policzki Desmonda przypominały swoim kolorem kwitnącą koronę kwiatu; blade lico zakwitło intensywnością za sprawą zatrucia zmysłów piekącym alkoholem. Zupełnie jak piękno róż, bliskość Malfoya wprawiała Oleandra w stan pragnienia dotyku; wyciągając dłoń i przesuwając po gładkim okwiecie, zjeżdżamy na łodygę, aby wydobyć różę ze swego ziemnego posłania, posiadać gładkość płatków i namiętność zapachu na własność. Zaciskając palce na trzonie, bardzo szybko orientujemy się, że wystające z łodygi kolce ranią wnętrze dłoni. Ostre czubki wbijają się w skórę, a zieleń gałązki spływa gęstym karmazynem - kielich staje się jednością ze swoim zielonym dotąd odnóżem, czekając na swoją kolej, aby napełnić się kroplami osocza. Wyczekiwaną reakcją byłoby odsunięcie dłoni, syknięcie z bólu - nie w tym wypadku. Crouch pragnął skosztować serwowanego bólu, odsłonić przed nim najbardziej wstydliwe zakątki swojej tęsknoty.
Pomimo zaciśniętych warg Desmonda, Oleander uśmiechał się promieniście. Teraz ciemne oczy - których barwa zmieniła się automatycznie, bez znacznego wysiłku, jakoby pamięć ciała była silniejsza od magii i jakichkolwiek związanych z nią umiejętności.
Czuł spięcie przyjaciela, chociaż nie dawał tego po sobie poznać. Wiedział, że Desmond zestresowałby się mocniej, gdyby zdawał sobie sprawę, że ktoś odgadnął stan, w jakim się znajduje. Oleander był pewien, ze obydwaj pamiętają wspólnie przeżyte sny, a stres blondyna jeszcze mocniej utwierdzał go w tym przekonaniu. Zapragnął pociągnąć za materiał szorstkiej marynarki, poczuć swędzącą teksturę materiału na dłoniach, sprawiając, że kontrolowanie nad sobą zostanie jedynie lichym wspomnieniem; upajał się wybuchami tłamszonej agresji, irytacji czy jakkolwiek surowych, wręcz prymitywnych odczuć, których wybuch zazwyczaj tamowany był przymusem trzymania się w ryzach, obojętną maską nałożonego rodzicielskimi dłońmi obowiązku. Namiętność strachu wprawiającego serce w intensywny trzepot odpychała ostatki logiczny myśli, przyciągając nierozważne pożądanie, zimny pot podniecenia.
Roześmiał się perliście, jakby wypowiedziana przez Desmonda wzmianka o ślubie była znakomicie zakamuflowanym żartem, jaki tylko ich dwójka mogłaby zrozumieć.
- Doprawdy, wesele? Ze mną? Pochlebiasz mi - zaczął, pozbywając się ostatnich tonów rozbawienia dopiero pod koniec sentencji, której słowa postawił w figlarnej dwuznaczności. Po chwili, jakby przypominając sobie, że nie są na sali we dwójkę, spojrzał na, wciąż niemą i niedopuszczoną do głosu, Jagodę - Nie wierzę w instytucję małżeństwa, chyba że dla podatków. To cywilny kontrakt, po coż celebrować go z takim rozmachem? Mało kto w dzisiejszych czasach pozostaje wierny swojej drugiej połówce, o ile nie okłamywali nas na Historii Magii, kulturowo na tym właśnie ma to polegać. Małżeństwo, w naszych kręgach stało się raczej formą wieczystej przysięgi. Jest wiążące i nieprzyjemne, a na końcu się umiera. - wytłumaczył kobiecie swoje stanowisko.
Na powrót zaszczycił Desmonda spojrzeniem, tym razem znaczącym - jeżeli Malfoy chciał igrać z ogniem, musiał zdawać sobię sprawę, że można było się nim poparzyć. Co innego, gdy byli sam na sam - publicznie nie miał zamiaru dawać się poniżać, nie znajdywał w tym żadnej przyjemności.
- Cóż, o gustach się nie dyskutuje. Aczkolwiek, znalezienie dobrego towarzysza do rozmów to priorytet na takich wydarzeniach - skwitował komunikat Malfoya o tym, że ten się bardzo dobrze bawił. Znał go nie od dziś i zdawał sobie sprawę, że takie spędy prędzej przyprawiały go o ból żołądka niż sprawiały przyjemność. Założył, że ta wypowiedź była czystą kurtuazją, aby nie urazić ich towarzyszki.
Nie przestawał myśleć, że każde przyjemne słowo o Jagodzie z ust Desmonda było tylko sytuacyjną grzecznością, do momentu aż ten wspomniał o zaproszeniu. Oleander zmarszczył odrobinę brwi, pozwalając, aby ciepły brąz oczu przerodził się w bezdenną czerń. Otchłań jego spojrzenia wydawała się móc pożreć każdego, kto stanie na drodze pomiędzy nim, a obiektem jego westchnień. Czerwień zazdrości bardzo szybko sprowadził czerń oczu do ciepłego brązu, acz osiadł ciężkością na klatce piersiowej Croucha. Cień rozwagi, jaki na niego padał jeszcze sekundę temu, zniknął wraz z wychyleniem całości kieliszka w jednym łyku. Szampan był odrobinę rozgazowany, toteż gładka twarz chłopaka na sekundę pokryła się grymasem niezadowolenia. Odstawił kieliszek na srebrną tacę jednego z przechodzących kelnerów i złapał dwa drinki, jeden w niskiej, przysadzistej szklance i drugi w podłużnej. Ten pierwszy wręczył Desmondowi, wręcz wcisnął mu ją w dloń- czasami lepiej było zająć usta alkoholem niż słowami.
Zesztywniał czując mocny uścisk na swojej talii, acz nie wiązało się to ze stresem czy dyskomfortem. Wspomnienie pierwszego, wspólnie przeżytego snu uderzyło go na tyle mocno, że poczuł jakby serce samo zechciało mu wyskoczyć z klatki piersiowej, bez pomocy szponów. Był skonfundowany, acz to uczucie wzbudzało w nim podekscytowanie. Ciepło drugiego ciała, znajomy zapach i oddech o zapachu alkoholu - to wszystko układało się we wspaniałą całość, z pomocą której pragnął zatracić się w chwili. Niestety, goście weselni byli niemałą przeszkodą.
Nie chcąc pozostawać tak łatwym celem, uśmiechnął się pobłażliwie do Malfoya, jak gdyby jego gest był bardziej wygłodniały niż w rzeczywistości.
- Skoro macie swoje tematy to nie będę wam przeszkadzał. Złapiemy się może później, hm? A ty tutaj porozmawiaj z koleżanką o waszych wspólnych zainteresowaniach - sam bardzo chętnie kontynuowałby temat sztuki, wszak spędzał czas wśród artystów i rzemieślników. Niestety, aktualna sytuacja i przymus zaaplikowania niezdrowego flirtu były silniejsze. Szybko zauważył, że stawiając się w roli umykającej zwierzyny zyska o wiele więcej.
Przesunął chłodną od szkła kieliszka, choć nie wilgotną, dłonią po palcach Desmonda zakleszczających się na jego talii okrytej różowym materiałem. Powoli zsunął ją ze swojego ciała, pozwalając by wnętrze dłoni drugiego chłopaka przelotnie zapoznało się z lędźwiowym wgłębieniem u dołu kręgosłupa, prawie że zsuwając ją na odcinek krzyżowy.
Odsunął się, aby zniknąć w tłumie gości, choć kątem oka widział jak Desmond żegna się ze swoją rozmówczynią, aby podążyć jego śladem.
Pomimo zaciśniętych warg Desmonda, Oleander uśmiechał się promieniście. Teraz ciemne oczy - których barwa zmieniła się automatycznie, bez znacznego wysiłku, jakoby pamięć ciała była silniejsza od magii i jakichkolwiek związanych z nią umiejętności.
Czuł spięcie przyjaciela, chociaż nie dawał tego po sobie poznać. Wiedział, że Desmond zestresowałby się mocniej, gdyby zdawał sobie sprawę, że ktoś odgadnął stan, w jakim się znajduje. Oleander był pewien, ze obydwaj pamiętają wspólnie przeżyte sny, a stres blondyna jeszcze mocniej utwierdzał go w tym przekonaniu. Zapragnął pociągnąć za materiał szorstkiej marynarki, poczuć swędzącą teksturę materiału na dłoniach, sprawiając, że kontrolowanie nad sobą zostanie jedynie lichym wspomnieniem; upajał się wybuchami tłamszonej agresji, irytacji czy jakkolwiek surowych, wręcz prymitywnych odczuć, których wybuch zazwyczaj tamowany był przymusem trzymania się w ryzach, obojętną maską nałożonego rodzicielskimi dłońmi obowiązku. Namiętność strachu wprawiającego serce w intensywny trzepot odpychała ostatki logiczny myśli, przyciągając nierozważne pożądanie, zimny pot podniecenia.
Roześmiał się perliście, jakby wypowiedziana przez Desmonda wzmianka o ślubie była znakomicie zakamuflowanym żartem, jaki tylko ich dwójka mogłaby zrozumieć.
- Doprawdy, wesele? Ze mną? Pochlebiasz mi - zaczął, pozbywając się ostatnich tonów rozbawienia dopiero pod koniec sentencji, której słowa postawił w figlarnej dwuznaczności. Po chwili, jakby przypominając sobie, że nie są na sali we dwójkę, spojrzał na, wciąż niemą i niedopuszczoną do głosu, Jagodę - Nie wierzę w instytucję małżeństwa, chyba że dla podatków. To cywilny kontrakt, po coż celebrować go z takim rozmachem? Mało kto w dzisiejszych czasach pozostaje wierny swojej drugiej połówce, o ile nie okłamywali nas na Historii Magii, kulturowo na tym właśnie ma to polegać. Małżeństwo, w naszych kręgach stało się raczej formą wieczystej przysięgi. Jest wiążące i nieprzyjemne, a na końcu się umiera. - wytłumaczył kobiecie swoje stanowisko.
Na powrót zaszczycił Desmonda spojrzeniem, tym razem znaczącym - jeżeli Malfoy chciał igrać z ogniem, musiał zdawać sobię sprawę, że można było się nim poparzyć. Co innego, gdy byli sam na sam - publicznie nie miał zamiaru dawać się poniżać, nie znajdywał w tym żadnej przyjemności.
- Cóż, o gustach się nie dyskutuje. Aczkolwiek, znalezienie dobrego towarzysza do rozmów to priorytet na takich wydarzeniach - skwitował komunikat Malfoya o tym, że ten się bardzo dobrze bawił. Znał go nie od dziś i zdawał sobie sprawę, że takie spędy prędzej przyprawiały go o ból żołądka niż sprawiały przyjemność. Założył, że ta wypowiedź była czystą kurtuazją, aby nie urazić ich towarzyszki.
Nie przestawał myśleć, że każde przyjemne słowo o Jagodzie z ust Desmonda było tylko sytuacyjną grzecznością, do momentu aż ten wspomniał o zaproszeniu. Oleander zmarszczył odrobinę brwi, pozwalając, aby ciepły brąz oczu przerodził się w bezdenną czerń. Otchłań jego spojrzenia wydawała się móc pożreć każdego, kto stanie na drodze pomiędzy nim, a obiektem jego westchnień. Czerwień zazdrości bardzo szybko sprowadził czerń oczu do ciepłego brązu, acz osiadł ciężkością na klatce piersiowej Croucha. Cień rozwagi, jaki na niego padał jeszcze sekundę temu, zniknął wraz z wychyleniem całości kieliszka w jednym łyku. Szampan był odrobinę rozgazowany, toteż gładka twarz chłopaka na sekundę pokryła się grymasem niezadowolenia. Odstawił kieliszek na srebrną tacę jednego z przechodzących kelnerów i złapał dwa drinki, jeden w niskiej, przysadzistej szklance i drugi w podłużnej. Ten pierwszy wręczył Desmondowi, wręcz wcisnął mu ją w dloń- czasami lepiej było zająć usta alkoholem niż słowami.
Zesztywniał czując mocny uścisk na swojej talii, acz nie wiązało się to ze stresem czy dyskomfortem. Wspomnienie pierwszego, wspólnie przeżytego snu uderzyło go na tyle mocno, że poczuł jakby serce samo zechciało mu wyskoczyć z klatki piersiowej, bez pomocy szponów. Był skonfundowany, acz to uczucie wzbudzało w nim podekscytowanie. Ciepło drugiego ciała, znajomy zapach i oddech o zapachu alkoholu - to wszystko układało się we wspaniałą całość, z pomocą której pragnął zatracić się w chwili. Niestety, goście weselni byli niemałą przeszkodą.
Nie chcąc pozostawać tak łatwym celem, uśmiechnął się pobłażliwie do Malfoya, jak gdyby jego gest był bardziej wygłodniały niż w rzeczywistości.
- Skoro macie swoje tematy to nie będę wam przeszkadzał. Złapiemy się może później, hm? A ty tutaj porozmawiaj z koleżanką o waszych wspólnych zainteresowaniach - sam bardzo chętnie kontynuowałby temat sztuki, wszak spędzał czas wśród artystów i rzemieślników. Niestety, aktualna sytuacja i przymus zaaplikowania niezdrowego flirtu były silniejsze. Szybko zauważył, że stawiając się w roli umykającej zwierzyny zyska o wiele więcej.
Przesunął chłodną od szkła kieliszka, choć nie wilgotną, dłonią po palcach Desmonda zakleszczających się na jego talii okrytej różowym materiałem. Powoli zsunął ją ze swojego ciała, pozwalając by wnętrze dłoni drugiego chłopaka przelotnie zapoznało się z lędźwiowym wgłębieniem u dołu kręgosłupa, prawie że zsuwając ją na odcinek krzyżowy.
Odsunął się, aby zniknąć w tłumie gości, choć kątem oka widział jak Desmond żegna się ze swoją rozmówczynią, aby podążyć jego śladem.
Postacie opuszczają sesję
Oleander Crouch i Desmond Malfoy
“Why can't I try on different lives, like dresses, to see which one fits best?”
♦♦♦