22.07.2024, 00:27 ✶
Jeśli wierzyć Szekspirowi, gwałtownych uciech i koniec gwałtowny.
Liczyła, że frywolny harmider zrodzony z radości przepadnięcia jak kamień w wodę szarlatana sprawi, że nie będzie myśleć o wczorajszym dniu. Chciała zatracić się w zamęcie, zasymulować upojenie alkoholem, naśladować odurzonych opium, których widywała częściej niż własną matkę. Umiała grać, potrafiła łgać, sprzedałaby ogień piekielny szatanowi w przypływie kaprysu. Mogłaby w pojedynkę odegrać całą sztukę, a i pewnie zrobiłaby to o niebo lepiej niż ta banda nabzdryngolonych szumowin, która teraz wznosiła się na teatralne i cielesne wyżyny. Nawet nie musiałaby zmieniać twarzy, żeby zebrać wszelkie oklaski i życzenia o autografy; z dziką chęcią dałaby się wciągnąć w rozentuzjazmowany tłum i nie stawiałaby oporu, gdy ta pstrokata masa ciągnęłaby ją ze sobą na samo dno.
Nie mogła jednak przestać przeklinać sił wyższych, że posiadała samoświadomość. Z ręką na sercu wolałaby być teraz w ciemię bita, bo świadomość tego, że dała się wczoraj wyrolować jak dziecko, nie dawała jej spokoju. Gniew miał szybko umknąć, miało być jak zawsze - szybko przyszło, a kilka przesadzonych paprotek później łatwo poszło. Dyskomfort był jednak na tyle wyczuwalny, że nie mogła spać w nocy. Nie wiedziała, skąd tak wielka irytacja, ani nie miała pojęcia, czemu mimo przyczyny złości leżącej Lorraine, najbardziej chciała przemeblować mordę Rookwooda.
Nie zrobiła z tym gniewem nic. Niewyspana pokrzyczała na siostry, które szyderczo skomentowały niespodziewaną obecność Maeve na śniadaniu w godzinach porannych, zamiast zwyczajowych popołudniowych, ale poza tym nie wybiła nikomu kłów, ani nie musiała wyciągać spomiędzy palców wydartych komuś blond włosów. Energia więc się kotłowała, niespożytkowana buzowała wewnątrz, czyniąc Changównę bardziej rumianą niż zwykle. W dotyku też wydawała się cieplejsza, jakby krew wrzała pod skórą.
Przyszła na balkon, bo dość miała tłumaczenia narąbanej spółce dwóch stałych klientów Palarni, że ponowne podejście do wypychania pianina oknem to generalnie pomysł poroniony, kiedy w lokalnym kasynie ma się niebotyczne długi i brak ich spłaty coraz realniej groził zarekwirowaniem rzepek z kolan przez oprychów właściciela. Jako jedyna trzeźwa w tym przybytku próbowała im przemówić do rozsądku, że lepiej by to było sprzedać, jak nie w całości, to chociaż na części. Chciała jak najlepiej, a wyszło jak zwykle - poddała się i porzuciła czcze próby, gdy jakiś przyjemniaczek wszedł butami na klawisze, a następnie, racząc ich przy tym istną kakofonią dźwięków, zaczął szczać prosto do pudła instrumentu.
Zaczęła się odwracać nieznacznie od barierki, gotowa ciskać tak paskudnymi epitetami, że wstyd byłoby je cytować. Słyszała, że ktoś nadchodzi, ale nie sądziła, że to Lorraine - myślała, że to znowu Romeo i Julia, którzy chcieli kilka minut temu dorobić fanowskie zakończenie całej tej historii, gdzie nie umierają dramatycznie głupio, a kurewsko głupio, i posuwają się wzajemnie wsparci o zardzewiałą barierkę, wierząc naiwnie, że utrzyma ciężar obojga.
- Wykurwiaj, Romeo, bo cię zamknę w obszczanym fortepianie, a potem na niego wejdę i dam twojej wybrance powód do życia - wysyczała, a potem zobaczyła, że to nie oni. Nie zmieszała się, jedynie odetchnęła z ulgą. - Wybacz, pomyliłam cię z trupami z trupy - rzuciła, odwracając się z powrotem w kierunku reszty świata.
Skrzywiła się, cmokając zniesmaczona. Oczywiście pozwoliła Raine wcisnąć się niczym wąż pomiędzy siebie a balustradę, ale w kontekście wcześniejszego spotkania z gwiazdami wieczoru nie mogła strawić zadanego przez nią pytania. Uniosła prawą dłoń, chcąc się podrapać pod uchem, jak to zwykle robiła, gdy wahała się nad odpowiedzią, ale musiała zatrzymać się w połowie ruchu i zdjąć sobie z palców odpryśnięty lakier, który złaził z barierki. Wszystko ją chciało zdenerwować.
- Może ty osobiście nie masz nic przeciwko, kiedy w romansie jest spora różnica wieku - powiedziała to z domieszką cynizmu w głosie, udając zajętą procesem ekstrakcji skrawków lakieru z dłoni, więc ciężko było jednoznacznie stwierdzić, czy na pewno pije tylko do faktu, że Julia miała zaledwie czternaście lat, gdy Romeo ją zaczarował, czy może również do relacji jasnowłosej z pewnym gościem, którego nazwisko bardzo łatwo było zapisać jako Degenerat - co prawda błędnie, acz adekwatnie. - Ale do mnie jakoś średnio przemawia grooming. -
Było po niej widać. Nie umiała ukryć złości, co też ją swoją drogą rozsierdzało, bo gdyby nie chodziło o Lorraine, bez wysiłku przyjęłaby dobrą minę do złej gry. Wyobraziłaby sobie, że jest kimś innym, uśmiechnęła się perliście rzędem idealnych ząbków, a minie pozwoliłaby zrzednąć dopiero wtedy, gdy przekroczyłaby próg własnego domu. Przy wile to wszystko było na darmo, niedoskonałości Mewy wychodziły na wierzch błyskawicznie, surowe uczucia wręcz rwały się na powierzchnię. O ile przy dobrych wiatrach wychodziło to Chang na plus, bo płonęła wręcz od żywej miłości wobec Lorraine i dzięki temu wychodziła na autentyczną, na pochłoniętą jej obecnością, tak w gorszych momentach wychodziła na zazdrosną zołzę, która nie umie trzymać emocji na wodzy.
Opuściła prawą dłoń, by objąć ukochaną w pasie. Była zła, ale nie była bezduszna. Nie była też powściągliwa, więc postąpiła o jeden kroczek do przodu, przyciskając plecy wiły ściśle do barierki. Przechyliła się z nią nieco, jakby chciała jej ułatwić patrzenie w te przeklęte gwiazdy, ale nie minęły sekundy i zasłoniła widok na niebo swoim własnym licem. Mogłaby ją bez trudu wypchnąć za tę balustradę, ale jedynie świdrowała spojrzeniem kogoś, kto próbuje doszukać się drugiego dna w oczach swojej miłej, choć różowe usta znajdujące się poniżej nieznośnie odciągały uwagę.
- Czego chcesz? - Zapytała w końcu prosto z mostu, bo domyślenie się tego na własną rękę byłoby drogą przez mękę. Tak, jak po Maeve widać było gniew, tak po Lorraine było widać kombinatorstwo. Kusicielskie ruchy, zawoalowane pytania, słodkie słówka. Wszystko było miłe, kurewsko miłe, ale nigdy nie przychodziło za darmo. Zawsze musiała dać swej pani coś w zamian.
Liczyła, że frywolny harmider zrodzony z radości przepadnięcia jak kamień w wodę szarlatana sprawi, że nie będzie myśleć o wczorajszym dniu. Chciała zatracić się w zamęcie, zasymulować upojenie alkoholem, naśladować odurzonych opium, których widywała częściej niż własną matkę. Umiała grać, potrafiła łgać, sprzedałaby ogień piekielny szatanowi w przypływie kaprysu. Mogłaby w pojedynkę odegrać całą sztukę, a i pewnie zrobiłaby to o niebo lepiej niż ta banda nabzdryngolonych szumowin, która teraz wznosiła się na teatralne i cielesne wyżyny. Nawet nie musiałaby zmieniać twarzy, żeby zebrać wszelkie oklaski i życzenia o autografy; z dziką chęcią dałaby się wciągnąć w rozentuzjazmowany tłum i nie stawiałaby oporu, gdy ta pstrokata masa ciągnęłaby ją ze sobą na samo dno.
Nie mogła jednak przestać przeklinać sił wyższych, że posiadała samoświadomość. Z ręką na sercu wolałaby być teraz w ciemię bita, bo świadomość tego, że dała się wczoraj wyrolować jak dziecko, nie dawała jej spokoju. Gniew miał szybko umknąć, miało być jak zawsze - szybko przyszło, a kilka przesadzonych paprotek później łatwo poszło. Dyskomfort był jednak na tyle wyczuwalny, że nie mogła spać w nocy. Nie wiedziała, skąd tak wielka irytacja, ani nie miała pojęcia, czemu mimo przyczyny złości leżącej Lorraine, najbardziej chciała przemeblować mordę Rookwooda.
Nie zrobiła z tym gniewem nic. Niewyspana pokrzyczała na siostry, które szyderczo skomentowały niespodziewaną obecność Maeve na śniadaniu w godzinach porannych, zamiast zwyczajowych popołudniowych, ale poza tym nie wybiła nikomu kłów, ani nie musiała wyciągać spomiędzy palców wydartych komuś blond włosów. Energia więc się kotłowała, niespożytkowana buzowała wewnątrz, czyniąc Changównę bardziej rumianą niż zwykle. W dotyku też wydawała się cieplejsza, jakby krew wrzała pod skórą.
Przyszła na balkon, bo dość miała tłumaczenia narąbanej spółce dwóch stałych klientów Palarni, że ponowne podejście do wypychania pianina oknem to generalnie pomysł poroniony, kiedy w lokalnym kasynie ma się niebotyczne długi i brak ich spłaty coraz realniej groził zarekwirowaniem rzepek z kolan przez oprychów właściciela. Jako jedyna trzeźwa w tym przybytku próbowała im przemówić do rozsądku, że lepiej by to było sprzedać, jak nie w całości, to chociaż na części. Chciała jak najlepiej, a wyszło jak zwykle - poddała się i porzuciła czcze próby, gdy jakiś przyjemniaczek wszedł butami na klawisze, a następnie, racząc ich przy tym istną kakofonią dźwięków, zaczął szczać prosto do pudła instrumentu.
Zaczęła się odwracać nieznacznie od barierki, gotowa ciskać tak paskudnymi epitetami, że wstyd byłoby je cytować. Słyszała, że ktoś nadchodzi, ale nie sądziła, że to Lorraine - myślała, że to znowu Romeo i Julia, którzy chcieli kilka minut temu dorobić fanowskie zakończenie całej tej historii, gdzie nie umierają dramatycznie głupio, a kurewsko głupio, i posuwają się wzajemnie wsparci o zardzewiałą barierkę, wierząc naiwnie, że utrzyma ciężar obojga.
- Wykurwiaj, Romeo, bo cię zamknę w obszczanym fortepianie, a potem na niego wejdę i dam twojej wybrance powód do życia - wysyczała, a potem zobaczyła, że to nie oni. Nie zmieszała się, jedynie odetchnęła z ulgą. - Wybacz, pomyliłam cię z trupami z trupy - rzuciła, odwracając się z powrotem w kierunku reszty świata.
Skrzywiła się, cmokając zniesmaczona. Oczywiście pozwoliła Raine wcisnąć się niczym wąż pomiędzy siebie a balustradę, ale w kontekście wcześniejszego spotkania z gwiazdami wieczoru nie mogła strawić zadanego przez nią pytania. Uniosła prawą dłoń, chcąc się podrapać pod uchem, jak to zwykle robiła, gdy wahała się nad odpowiedzią, ale musiała zatrzymać się w połowie ruchu i zdjąć sobie z palców odpryśnięty lakier, który złaził z barierki. Wszystko ją chciało zdenerwować.
- Może ty osobiście nie masz nic przeciwko, kiedy w romansie jest spora różnica wieku - powiedziała to z domieszką cynizmu w głosie, udając zajętą procesem ekstrakcji skrawków lakieru z dłoni, więc ciężko było jednoznacznie stwierdzić, czy na pewno pije tylko do faktu, że Julia miała zaledwie czternaście lat, gdy Romeo ją zaczarował, czy może również do relacji jasnowłosej z pewnym gościem, którego nazwisko bardzo łatwo było zapisać jako Degenerat - co prawda błędnie, acz adekwatnie. - Ale do mnie jakoś średnio przemawia grooming. -
Było po niej widać. Nie umiała ukryć złości, co też ją swoją drogą rozsierdzało, bo gdyby nie chodziło o Lorraine, bez wysiłku przyjęłaby dobrą minę do złej gry. Wyobraziłaby sobie, że jest kimś innym, uśmiechnęła się perliście rzędem idealnych ząbków, a minie pozwoliłaby zrzednąć dopiero wtedy, gdy przekroczyłaby próg własnego domu. Przy wile to wszystko było na darmo, niedoskonałości Mewy wychodziły na wierzch błyskawicznie, surowe uczucia wręcz rwały się na powierzchnię. O ile przy dobrych wiatrach wychodziło to Chang na plus, bo płonęła wręcz od żywej miłości wobec Lorraine i dzięki temu wychodziła na autentyczną, na pochłoniętą jej obecnością, tak w gorszych momentach wychodziła na zazdrosną zołzę, która nie umie trzymać emocji na wodzy.
Opuściła prawą dłoń, by objąć ukochaną w pasie. Była zła, ale nie była bezduszna. Nie była też powściągliwa, więc postąpiła o jeden kroczek do przodu, przyciskając plecy wiły ściśle do barierki. Przechyliła się z nią nieco, jakby chciała jej ułatwić patrzenie w te przeklęte gwiazdy, ale nie minęły sekundy i zasłoniła widok na niebo swoim własnym licem. Mogłaby ją bez trudu wypchnąć za tę balustradę, ale jedynie świdrowała spojrzeniem kogoś, kto próbuje doszukać się drugiego dna w oczach swojej miłej, choć różowe usta znajdujące się poniżej nieznośnie odciągały uwagę.
- Czego chcesz? - Zapytała w końcu prosto z mostu, bo domyślenie się tego na własną rękę byłoby drogą przez mękę. Tak, jak po Maeve widać było gniew, tak po Lorraine było widać kombinatorstwo. Kusicielskie ruchy, zawoalowane pytania, słodkie słówka. Wszystko było miłe, kurewsko miłe, ale nigdy nie przychodziło za darmo. Zawsze musiała dać swej pani coś w zamian.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —