22.07.2024, 14:34 ✶
– Działamy we współpracy z tutejszymi badaczami, ale oni też potrafią spędzić trzy lata, zastanawiając się, czy kropka przy hieroglifie zmienia całkiem znaczenie tekstu, czy komuś omsknęło się dłuto – skwitował Shafiq, może przy tym przesadzając… odrobinę jednak zaledwie. A i ta współpraca była krucha oraz problematyczna, pełna nieraz napięć. To było dziedzictwo kulturowe Egiptu i chcieli zachować to dla siebie – a jednocześnie nie mieli sami dość narzędzi, możliwości, ludzi, wiedzy i funduszy, aby wykluczyć przybyszów z Europy.
Cathal na szczęście pozostawiał to rodzinie i Ministerstwu. Jego interesowały badania i poszerzanie wiedzy. Dylematy kulturowe były czymś, czym mogli zająć się inni.
– Jak łatwo się domyśleć… wolałbym dotrzeć do komnaty nagrobnej szybciej niż za jakieś trzysta lat.
Pośpiech był złym doradcą. Cathal należał do ludzi, którzy działali z rozwagą i analizują kolejne posunięcia: wynikało to z charakteru, z poczucia odpowiedzialności, ale i trochę z choroby Milforda, przez którą przetwarzanie informacji było dla niego tak naturalne, jak oddychanie, czasem wręcz odrywając go od „tu i teraz”. Ale jednocześnie chciał posuwać się na przód. Za szybko się nudził, aby mógł tkwić całe lata nad jednym manuskryptem.
– Dość ryzykowne. Brzmi intrygująco, ale chyba nie chcę być pierwszym, który spróbuje – powiedział Cathal, uśmiechając się półgębkiem, na samo wyobrażenie tego wszystkiego, co mogło pójść nie tak. – Liczę, że natkniemy się głównie na klątwy i pułapki. I w takim razie świetnie, mamy parę miesięcy – podsumował, sięgając po jasny kapelusz, by naciągnąć go na głowę, zanim odsunął płachtę i wyszli wprost na słońce.
Temperatura o tej porze roku nie była tu może mordercza, a przyzwyczajenie robiło swoje, ale i tak poruszanie się w ubraniach, nawet z lnu i zaklętych, pod egipskim słońcem, na pustynnym obozie, nie było czymś dla Anglików zupełnie naturalnym. Obozowisko czarodziejskiej ekipy wyglądało zwyczajnie – głównie dlatego, że zaledwie rzut kamieniem od nich swoje prace prowadzili mugole, i dla nich ten zespół musiał pozostać po prostu bandą ekscentryków, finansowych przez prywatnego inwestora, mających znajomości gdzie potrzeba.
– Alethea Crouch. Półegipcjanka. Zdejmuje klątwy. Czasem je rzuca. Nie podpadaj jej – rzucił Shafiq, kiedy gdzieś dalej dostrzeli burzę ciemnych włosów i kobietę nurkującą do jednego z namiotów. – A to… Jamil zapewne znowu wkurwił Nell – dodał, kiedy z jednego z namiotów dobiegł okrzyk frustracji i wypadła z niego niska kobieta, o włosach tak jasnych, że niemal białych, spalonych zapewne przez słońce, odziana tak, jak tego by się spodziewało w obozie: w jasną, luźną koszulę, spodnie i porządne buty, sięgające za kostkę, ochraniające stawy i przylegające tak, by nie wpadał do nich piasek. – Bagshot! Gdzie masz kapelusz?
– Nie wkurwiaj mnie, Cal!!!
– Historyczka, spec od map i przy okazji medyk obozowy.
Cathal na szczęście pozostawiał to rodzinie i Ministerstwu. Jego interesowały badania i poszerzanie wiedzy. Dylematy kulturowe były czymś, czym mogli zająć się inni.
– Jak łatwo się domyśleć… wolałbym dotrzeć do komnaty nagrobnej szybciej niż za jakieś trzysta lat.
Pośpiech był złym doradcą. Cathal należał do ludzi, którzy działali z rozwagą i analizują kolejne posunięcia: wynikało to z charakteru, z poczucia odpowiedzialności, ale i trochę z choroby Milforda, przez którą przetwarzanie informacji było dla niego tak naturalne, jak oddychanie, czasem wręcz odrywając go od „tu i teraz”. Ale jednocześnie chciał posuwać się na przód. Za szybko się nudził, aby mógł tkwić całe lata nad jednym manuskryptem.
– Dość ryzykowne. Brzmi intrygująco, ale chyba nie chcę być pierwszym, który spróbuje – powiedział Cathal, uśmiechając się półgębkiem, na samo wyobrażenie tego wszystkiego, co mogło pójść nie tak. – Liczę, że natkniemy się głównie na klątwy i pułapki. I w takim razie świetnie, mamy parę miesięcy – podsumował, sięgając po jasny kapelusz, by naciągnąć go na głowę, zanim odsunął płachtę i wyszli wprost na słońce.
Temperatura o tej porze roku nie była tu może mordercza, a przyzwyczajenie robiło swoje, ale i tak poruszanie się w ubraniach, nawet z lnu i zaklętych, pod egipskim słońcem, na pustynnym obozie, nie było czymś dla Anglików zupełnie naturalnym. Obozowisko czarodziejskiej ekipy wyglądało zwyczajnie – głównie dlatego, że zaledwie rzut kamieniem od nich swoje prace prowadzili mugole, i dla nich ten zespół musiał pozostać po prostu bandą ekscentryków, finansowych przez prywatnego inwestora, mających znajomości gdzie potrzeba.
– Alethea Crouch. Półegipcjanka. Zdejmuje klątwy. Czasem je rzuca. Nie podpadaj jej – rzucił Shafiq, kiedy gdzieś dalej dostrzeli burzę ciemnych włosów i kobietę nurkującą do jednego z namiotów. – A to… Jamil zapewne znowu wkurwił Nell – dodał, kiedy z jednego z namiotów dobiegł okrzyk frustracji i wypadła z niego niska kobieta, o włosach tak jasnych, że niemal białych, spalonych zapewne przez słońce, odziana tak, jak tego by się spodziewało w obozie: w jasną, luźną koszulę, spodnie i porządne buty, sięgające za kostkę, ochraniające stawy i przylegające tak, by nie wpadał do nich piasek. – Bagshot! Gdzie masz kapelusz?
– Nie wkurwiaj mnie, Cal!!!
– Historyczka, spec od map i przy okazji medyk obozowy.