22.07.2024, 14:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2025, 14:26 przez Anthony Shafiq.)
Jakże cudownie było usłyszeć, że on nie zajmował sobie tym swojej ślicznej głowy. W Anthonym wzbierało emocje, jak fale przypływu, zalewały piaszczyste spokojne nabrzeże, podmywały klif, który dawno już był podmyty. Jeszcze moment i będzie osuwisko, jeszcze moment i wszystko się zawali.
Zdrowie i życie Morpheusa Longbottoma od zawsze leżało na sercu Anthony'ego. Teraz mogli ze spokojem uzasadnić to zjawiskiem anam cary, gdzie obaj zgodzili się, że wobec wszelkich symptomów i objawów, są żywym przykładem tegoż współistnienia jednej duszy w dwóch ciałach. Oczywistym więc będzie, że wzajem będzie im zależeć na swoim szczęści i - nade wszystko - na swoim życiu.
Anthony przywykł, że z ich dwójki to on był bardziej wycofany, stateczny, to on pilnował, żeby rzeczy działały, żeby płynęły bezpiecznym nurtem, przynosząc zysk. Morpheus parł do przodu, on, naznaczony imieniem władcy snów, śnił marzeni i koszmary sobie i innym. Departament Tajemnic kusił go tym ryzykiem, adrenaliną, podobnie jak przygodne romanse, jak ryzykowne kroki drgania w osnowie czasu, w zaplątaniu wizjami przyszłości i możliwością wycofania się te kilka godzin wstecz za sprawą urządzenia jego matki. Ogień zachęcał do działania, ale też łatwo spalał paliwo, na którym się kładł i tańczył, a też sam z siebie miał problem by istnieć.
Nie musiał tym jednak zaprzątać swojej ślicznej główki, skoro obok trwali przyjaciele, którzy pilnowali.
O bogowie, ze wszystkich ludzi prędzej spodziewałbym się Jonathana z takim wyznaniem – pomyślał nieszczęsny, tamujący strugi obaw i lęków, które związane były z działalnością przestępczą jego przyjaciela. Azkaban był gorszy niż śmierć, Anthony'emu zdarzało się śnić o tym, zwłaszcza kiedyś, gdy ich działania budujące dzisiejszą stateczność dalece wykraczały poza przyjęte prawo. Zamknął to wszystko w swoim ciele, przybierając możliwie obojętny ton. Umiał dobrze kłamać, wiedział gdzie Morpheus ma poukrywane swoje dźwignie, te bardziej skuteczne niż zawartość bielizny.
– Przysługi to moja specjalność, w braku pytań też świetnie się odnajduję. Musisz bardziej się postarać, żeby zadanie jakkolwiek mnie przytłoczyło Somnia. – Kołyszący się kieliszek wina, pełen nonszalancji gest, spojrzenie utkwione w niebo. Morpheus rozbił właśnie przed nim lustro, ale kim był, żeby go osądzać. Wiedział, że umiłowany przyjaciel zrobiłby dla niego wszystko. Mgliście przeczuwał, że robił bardzo wiele, gdy nie patrzył, podobnie z resztą jak on sam decydował się na popychanie niektórych okoliczności na Moprheusa, na ich korzyść. Tylko teraz musieli o tym rozmawiać. I, co gorsza... Teraz nie mógł odwrócić oczu, nawet jeśli Longbottom nie zapuka do niego po prośbie. – Nie będzie im Ciebie brakowało we wrześniu? – Podziemna bojówka, na bogów ciekawe, czy planują jakiś zamach? Prychnął do własnych myśli, nieco na wyrost, ale jego nerwy były obecnie zszarpane dwoma prostymi, zestawionymi obok siebie słowami. – Dobrze, że będziemy sąsiadami, nie chciałbym, żeby ktoś hmm... ktoś uznał, że mój dom stanowi zagrożenie dla sprawy – próbował przybrać lekki ton, jakby żartował.
Zdrowie i życie Morpheusa Longbottoma od zawsze leżało na sercu Anthony'ego. Teraz mogli ze spokojem uzasadnić to zjawiskiem anam cary, gdzie obaj zgodzili się, że wobec wszelkich symptomów i objawów, są żywym przykładem tegoż współistnienia jednej duszy w dwóch ciałach. Oczywistym więc będzie, że wzajem będzie im zależeć na swoim szczęści i - nade wszystko - na swoim życiu.
Anthony przywykł, że z ich dwójki to on był bardziej wycofany, stateczny, to on pilnował, żeby rzeczy działały, żeby płynęły bezpiecznym nurtem, przynosząc zysk. Morpheus parł do przodu, on, naznaczony imieniem władcy snów, śnił marzeni i koszmary sobie i innym. Departament Tajemnic kusił go tym ryzykiem, adrenaliną, podobnie jak przygodne romanse, jak ryzykowne kroki drgania w osnowie czasu, w zaplątaniu wizjami przyszłości i możliwością wycofania się te kilka godzin wstecz za sprawą urządzenia jego matki. Ogień zachęcał do działania, ale też łatwo spalał paliwo, na którym się kładł i tańczył, a też sam z siebie miał problem by istnieć.
Nie musiał tym jednak zaprzątać swojej ślicznej główki, skoro obok trwali przyjaciele, którzy pilnowali.
O bogowie, ze wszystkich ludzi prędzej spodziewałbym się Jonathana z takim wyznaniem – pomyślał nieszczęsny, tamujący strugi obaw i lęków, które związane były z działalnością przestępczą jego przyjaciela. Azkaban był gorszy niż śmierć, Anthony'emu zdarzało się śnić o tym, zwłaszcza kiedyś, gdy ich działania budujące dzisiejszą stateczność dalece wykraczały poza przyjęte prawo. Zamknął to wszystko w swoim ciele, przybierając możliwie obojętny ton. Umiał dobrze kłamać, wiedział gdzie Morpheus ma poukrywane swoje dźwignie, te bardziej skuteczne niż zawartość bielizny.
– Przysługi to moja specjalność, w braku pytań też świetnie się odnajduję. Musisz bardziej się postarać, żeby zadanie jakkolwiek mnie przytłoczyło Somnia. – Kołyszący się kieliszek wina, pełen nonszalancji gest, spojrzenie utkwione w niebo. Morpheus rozbił właśnie przed nim lustro, ale kim był, żeby go osądzać. Wiedział, że umiłowany przyjaciel zrobiłby dla niego wszystko. Mgliście przeczuwał, że robił bardzo wiele, gdy nie patrzył, podobnie z resztą jak on sam decydował się na popychanie niektórych okoliczności na Moprheusa, na ich korzyść. Tylko teraz musieli o tym rozmawiać. I, co gorsza... Teraz nie mógł odwrócić oczu, nawet jeśli Longbottom nie zapuka do niego po prośbie. – Nie będzie im Ciebie brakowało we wrześniu? – Podziemna bojówka, na bogów ciekawe, czy planują jakiś zamach? Prychnął do własnych myśli, nieco na wyrost, ale jego nerwy były obecnie zszarpane dwoma prostymi, zestawionymi obok siebie słowami. – Dobrze, że będziemy sąsiadami, nie chciałbym, żeby ktoś hmm... ktoś uznał, że mój dom stanowi zagrożenie dla sprawy – próbował przybrać lekki ton, jakby żartował.