22.07.2024, 15:29 ✶
Z nikim. Dolohov kompletnie nie był w nastroju do walki z kimkolwiek, nawet jeżeli była to Annaleigh. Dla niego to jedynie kolejny dzień w potrzasku własnych myśli. Oczywiście, że przeżywał strasznie ten list wysłany przed Lammas. Później jeszcze wieczór w tej obrzydliwej łaźni... Dla kogoś z tak silną potrzebą czystości, przebywanie w takim miejscu przynosiło odwrotny skutek - zamiast poczuć się odprężony, zrobił się jeszcze mocniej zestresowany i żałował tej wizyty. Jedynym co mogło uspokoić jego myśli, było dokładne umycie siebie i swojego otoczenia, więc nie tylko Annaleigh paradowała po ich mieszkaniu, trzymając miotłę. Oczywiście, można było zaprzęgać do tej pracy służbę, skrzaty. Zatrudnić kogoś nowego do pastowania podłogi, tego typu działania pozwalały jednak jego pokręconemu umysłowi skupić się na czymkolwiek innym niż użalanie się nad sobą.
Spotkali się więc w tym salonie, ponieważ on też, po zamieceniu korytarza, chciał zamieść podłogę tutaj. Widząc zmiany w dekoracjach i brak czegokolwiek, co mógłby tutaj zrobić, zatrzymał się w miejscu i milczał. Jego żona była tym dziwacznym przypadkiem, kiedy najbardziej nie cierpiałeś w sobie tego, że nie potrafiłeś znajdować w sobie powodów do nienawidzenia jej. Jako znawca ludzkich charakterów, Dolohov szczerze wierzył w to jak dobrze byli do siebie dobrani. Nie w sensie romantycznym - nie było żadnych szans na to, aby zechciał na poważnie związać się z kobietą, nie dało się jednak nie zauważyć szeregu wspólnych cech, czyniących ich dwójkę całkiem kompatybilną parą... parą czego? Na takie rzeczy jak przyjaźnie było o kilka lat pojenia amortencją za późno. Do teraz, kiedy herbatę robił mu ktokolwiek inny niż Peregrin, wróżbita odczuwał lęk przed napiciem się choćby łyka.
Lammas. Złote dekoracje i słoneczniki. Z jakiegoś powodu strasznie mu do niej pasowały i nie chodziło tylko kwiat. Gdyby miał ją sobie wyobrazić, nie mając narzuconej scenerii, siedziałaby tutaj, z książką, skubiąc ten słonecznik właśnie i oddając się lekturze, którą większość ludzi uznałaby za drętwą.
Odetchnął. Ich spotkania nie mogły tak wyglądać. Nie mogli wiecznie się unikać. Powinni się pogryźć raz a dobrze, albo ustalić cokolwiek, co pozwoli im opuścić gardę.
Machnął różdżką, odsyłając trzymaną przez siebie miotłę do schowka i rzucił chłoszczyść na swoje dłonie. Potrzebował je umyć, dzisiaj jednak odnalazł w sobie zadziwiająco dużo siły na przerwanie wiszącej pomiędzy nimi ciszy. Lepsze to było niż ciągłe wracanie wspomnieniami do Hogwartu, kiedy się miało czterdzieści lat.
- Nie spodziewałem się tego, że będziesz dbała o to miejsce. W pierwszej chwili wydawało mi się, że wyniesiesz się stąd prędko, nie chcąc czuć się jak w potrzasku. A jednak... zostałaś i też próbujesz czuć się tutaj dobrze. Dlaczego właściwie?
Spotkali się więc w tym salonie, ponieważ on też, po zamieceniu korytarza, chciał zamieść podłogę tutaj. Widząc zmiany w dekoracjach i brak czegokolwiek, co mógłby tutaj zrobić, zatrzymał się w miejscu i milczał. Jego żona była tym dziwacznym przypadkiem, kiedy najbardziej nie cierpiałeś w sobie tego, że nie potrafiłeś znajdować w sobie powodów do nienawidzenia jej. Jako znawca ludzkich charakterów, Dolohov szczerze wierzył w to jak dobrze byli do siebie dobrani. Nie w sensie romantycznym - nie było żadnych szans na to, aby zechciał na poważnie związać się z kobietą, nie dało się jednak nie zauważyć szeregu wspólnych cech, czyniących ich dwójkę całkiem kompatybilną parą... parą czego? Na takie rzeczy jak przyjaźnie było o kilka lat pojenia amortencją za późno. Do teraz, kiedy herbatę robił mu ktokolwiek inny niż Peregrin, wróżbita odczuwał lęk przed napiciem się choćby łyka.
Lammas. Złote dekoracje i słoneczniki. Z jakiegoś powodu strasznie mu do niej pasowały i nie chodziło tylko kwiat. Gdyby miał ją sobie wyobrazić, nie mając narzuconej scenerii, siedziałaby tutaj, z książką, skubiąc ten słonecznik właśnie i oddając się lekturze, którą większość ludzi uznałaby za drętwą.
Odetchnął. Ich spotkania nie mogły tak wyglądać. Nie mogli wiecznie się unikać. Powinni się pogryźć raz a dobrze, albo ustalić cokolwiek, co pozwoli im opuścić gardę.
Machnął różdżką, odsyłając trzymaną przez siebie miotłę do schowka i rzucił chłoszczyść na swoje dłonie. Potrzebował je umyć, dzisiaj jednak odnalazł w sobie zadziwiająco dużo siły na przerwanie wiszącej pomiędzy nimi ciszy. Lepsze to było niż ciągłe wracanie wspomnieniami do Hogwartu, kiedy się miało czterdzieści lat.
- Nie spodziewałem się tego, że będziesz dbała o to miejsce. W pierwszej chwili wydawało mi się, że wyniesiesz się stąd prędko, nie chcąc czuć się jak w potrzasku. A jednak... zostałaś i też próbujesz czuć się tutaj dobrze. Dlaczego właściwie?
with all due respect, which is none