22.07.2024, 18:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.07.2024, 18:19 przez Jonathan Selwyn.)
Johny, nie.
Jonathan nie.
Jonathan nie miał najmniejszego zamiaru słuchać się tego wieczora swoich przyjaciół, a przynajmniej nie w tym konkretnym momencie.
Monstrum, płonęło w agonii, spowodowanej nie tylko przez jego zaklęcie, ale też i tym rzuconym przez Anthony'ego. Cokolwiek się jednak działo za nim, cokolwiek jego przyjaciele usiłowali krzyczeć lub robić – zupełnie do niego nie docierało.
Róża wiła się w płomieniach, umierając powoli, a on tylko się na to patrzył i patrzył z ręką zaciśniętą na różdżce i równie zawziętą, co języki ognia, determinacją w oczach. Płonęła. Odczuwał satysfakcję, bo był to symbol tej jednej osoby, o której tak bardzo starał się nie myśleć. Odczuwał satysfakcję bo był to tylko Jego symbol, a nie on sam. A jednocześnie to wszystko napawało go przerażeniem, bo był to aż jego symbol.
Wszystkie dźwięki wokół niego, nie ważne czy te wydawane przez ogień, różę, czy też przyjaciół, zlewały się w jedno, aż pozostały jedynie szumem, nic nie znaczącym tłem dla płomiennej uczty wizualnej w postaci konającej rośliny. Niesamowite, że róże nie miały w sobie ani grama wdzięku, nawet kiedy płoneły.
Róże wręczane do ręki. Roże w wazonie. Róże w ogrodzie. Płatki róży w kopercie. Listy pachnące różami, tak jak ten, który tak sobie umiłował te kwiaty.
Wspomnienia róż, otaczały go z taką samą intensywnością, z którą teraz otaczał ich żar ognia i biała mgła nim spowodowana.
Trzask.
Roślina, z cichym jękiem, ponownie się zamachnęła, ale pokryta ogniem macka nie wytrzymała, a jedynie, złamana na pół, upadła na posadzkę.
Trzask.
W jego wspomnieniach upadł wazon z różami. Upadł sam Jonathan.
Ból żebra, chociaż zagoiło się lata temu, nagle przypomniał o sobie niczym widmo z przeszłości.
Chciał rzucić kolejną falę ognia, tak tylko dla pewności, że to wszystko na pewno spłonie I…
Ostry ton głosu Anthony'ego zmusił go do opuszczenia różdżki i odruchowego cofnięcia się o pół kroku, a potem dał mu się pociągnąć jeszcze bardziej. Zamrugał i rozejrzał się po twarzach przyjaciół.
Ani on jeszcze nie stracił brwi, ani oni.
Morpheus żył i chyba nawet wyglądał nieco mniej depresyjnie, niż gdy tutaj wchodzili.
Charlotte, jedyna osoba, której naprawdę nic nie mogła się stać tutaj krzywda i jeden z powodów czemu patrzył zawsze na ogień cieplej, niż powinien żyła, perfekcyjna jak zwykle i chyba chwilę wcześniej wspominała coś, aby stąd wyszli.
Anthony, dzięki któremu zwrócił uwagę na coś innego, niż płomienie, również żył, a jego twarz przypominała mu o tym, że inni byli w tym momencie w niebezpieczeństwie.
– Muszę się upewnić, że on-ona nie żyje – rzucił krótko, nie podchodząc jednak bliżej kwiatu. Do dźwięków ognia i cierpienia rośliny, dołączyło ciche muskanie szyb przez milion kropelek wody. – Wyjdźcie. Zaraz do was dołączę. Proszę.
Powrócił spojrzeniem do bestii. To było za mało. Płonęła z wolno. Chciał coś jeszcze zrobić.
Machnięciami różdżki, spróbował rzucić w sam środek dogorywajacej rośliny jedną z doniczek.
Rzucam doniczką (Translokacja I)
Doniczka drgając nerwowo poleciała w przód i zamiast roztrzaskać się o roślinę, roztrzaskała jedną z szyb szklarni. Przyjemną mżawkowa bryza wpadłaby do środka, gdyby nie to, że było tu tak piekielnie gorąco.
Jonathan nie.
Jonathan nie miał najmniejszego zamiaru słuchać się tego wieczora swoich przyjaciół, a przynajmniej nie w tym konkretnym momencie.
Monstrum, płonęło w agonii, spowodowanej nie tylko przez jego zaklęcie, ale też i tym rzuconym przez Anthony'ego. Cokolwiek się jednak działo za nim, cokolwiek jego przyjaciele usiłowali krzyczeć lub robić – zupełnie do niego nie docierało.
Róża wiła się w płomieniach, umierając powoli, a on tylko się na to patrzył i patrzył z ręką zaciśniętą na różdżce i równie zawziętą, co języki ognia, determinacją w oczach. Płonęła. Odczuwał satysfakcję, bo był to symbol tej jednej osoby, o której tak bardzo starał się nie myśleć. Odczuwał satysfakcję bo był to tylko Jego symbol, a nie on sam. A jednocześnie to wszystko napawało go przerażeniem, bo był to aż jego symbol.
Wszystkie dźwięki wokół niego, nie ważne czy te wydawane przez ogień, różę, czy też przyjaciół, zlewały się w jedno, aż pozostały jedynie szumem, nic nie znaczącym tłem dla płomiennej uczty wizualnej w postaci konającej rośliny. Niesamowite, że róże nie miały w sobie ani grama wdzięku, nawet kiedy płoneły.
Róże wręczane do ręki. Roże w wazonie. Róże w ogrodzie. Płatki róży w kopercie. Listy pachnące różami, tak jak ten, który tak sobie umiłował te kwiaty.
Wspomnienia róż, otaczały go z taką samą intensywnością, z którą teraz otaczał ich żar ognia i biała mgła nim spowodowana.
Trzask.
Roślina, z cichym jękiem, ponownie się zamachnęła, ale pokryta ogniem macka nie wytrzymała, a jedynie, złamana na pół, upadła na posadzkę.
Trzask.
W jego wspomnieniach upadł wazon z różami. Upadł sam Jonathan.
Ból żebra, chociaż zagoiło się lata temu, nagle przypomniał o sobie niczym widmo z przeszłości.
Chciał rzucić kolejną falę ognia, tak tylko dla pewności, że to wszystko na pewno spłonie I…
Ostry ton głosu Anthony'ego zmusił go do opuszczenia różdżki i odruchowego cofnięcia się o pół kroku, a potem dał mu się pociągnąć jeszcze bardziej. Zamrugał i rozejrzał się po twarzach przyjaciół.
Ani on jeszcze nie stracił brwi, ani oni.
Morpheus żył i chyba nawet wyglądał nieco mniej depresyjnie, niż gdy tutaj wchodzili.
Charlotte, jedyna osoba, której naprawdę nic nie mogła się stać tutaj krzywda i jeden z powodów czemu patrzył zawsze na ogień cieplej, niż powinien żyła, perfekcyjna jak zwykle i chyba chwilę wcześniej wspominała coś, aby stąd wyszli.
Anthony, dzięki któremu zwrócił uwagę na coś innego, niż płomienie, również żył, a jego twarz przypominała mu o tym, że inni byli w tym momencie w niebezpieczeństwie.
– Muszę się upewnić, że on-ona nie żyje – rzucił krótko, nie podchodząc jednak bliżej kwiatu. Do dźwięków ognia i cierpienia rośliny, dołączyło ciche muskanie szyb przez milion kropelek wody. – Wyjdźcie. Zaraz do was dołączę. Proszę.
Powrócił spojrzeniem do bestii. To było za mało. Płonęła z wolno. Chciał coś jeszcze zrobić.
Machnięciami różdżki, spróbował rzucić w sam środek dogorywajacej rośliny jedną z doniczek.
Rzucam doniczką (Translokacja I)
Rzut O 1d100 - 14
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut O 1d100 - 23
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Doniczka drgając nerwowo poleciała w przód i zamiast roztrzaskać się o roślinę, roztrzaskała jedną z szyb szklarni. Przyjemną mżawkowa bryza wpadłaby do środka, gdyby nie to, że było tu tak piekielnie gorąco.