22.07.2024, 18:42 ✶
Widząc przed sobą Vakela spięła się jeszcze bardziej, czekając… Tak naprawdę nie wiedziała na co. Wcześniej starali się po prostu unikać nawzajem, odgrywając teatrzyki jedynie pod publikę, przed którą zdarzało im się wyjść. Poza nimi? Nie wiedziała, czy wymienili więcej niż kilka słów, suchych i koniecznych do egzystencji, którą teraz prowadzili.
Nie czuła się z tym dobrze.
Może byłoby jej łatwiej, gdyby Vakel był kimś, kogo nie zdążyłaby po tych wszystkich latach zaakceptować z wszystkimi jego dziwactwami, a nawet, zwyczajnie polubić. Nie pokochać, bo jeśli miała być przed sobą szczera, wątpiła coraz bardziej, że była w stanie czuć coś podobnego do kogokolwiek, czego uświadomienie sobie nie przychodziło jej wcale tak łatwo. Była jednak pomiędzy nią a Dolohovem pewna nić zrozumienia, akceptacji i gdzieś w oddali cel, do którego potrafili razem dążyć. Dawało jej to kiedyś poczucie bezpieczeństwa i spokoju ducha.
Teraz jednak wszystko popadło w ruinę.
I musiała jakoś się w tym odnaleźć, ze świadomością, że to właśnie ona stworzyła jak i zniszczyła ich dwójkę. Czy jednak bez amortencji miałaby szansę na takie życie? Czy znalazłaby się bez niej przy boku kogokolwiek godnego?
Jej matka wątpiła tak mocno, że wręczyła jej eliksir w rękę, próbując zabezpieczyć przyszłość najstarszej córki. Annie uwierzyła, że to jedyna nadzieja.
Teraz nie była pewna, a jednocześnie było już kilka lat za późno, by cokolwiek z tym zrobić.
Nie wiedziała, co ze sobą w tej chwili zrobić. Cisza, która wisiała nad nimi stawała się coraz bardziej dusząca, a słoneczniki już dawno leżały w wazonie idealnie. Założyła dłonie na piersi, czując większy komfort.
A potem padły pytania, które kompletnie ją zaskoczyły.
Patrzyła na Vakela z lekko otwartymi ustami i zmarszczonymi brwiami. Powoli przeniosła wzrok na kwiaty w wazonie, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
Bo tak naprawdę sama nie była pewna, czemu tu nadal była. Próbowała na szybko znaleźć odpowiedź, zrozumieć się w przyśpieszonym tempie, to nie było jednak takie proste. Znów zaległa cisza, ścisnęła się rękami mocniej, czując się niemal jak pod ostrzałem. A potem pierwsze słowa, wypełnione niewinną szczerością opuściły jej usta.
- Lubię to miejsce. Ten dom. - Spojrzała na eleganckie tapety, które sama wybierała, zastanawiając się, jak przekazać resztę tego, co rodziło się gdzieś w jej wnętrzu. - Od lat o niego dbam, aż weszło mi to w nawyk. - Rozluźniła trochę ręce i zacisnęła usta.
Bała się stracić tego, co stało się jej rutyną, w której czuła się bezpiecznie i pewnie. Już tyle z jej elementów przepadło. Broniła się więc przed porzuceniem całej reszty. Tylko wcale nie musiała nawet o to wszystko walczyć. Co ją samą też nurtowało.
- Dlaczego mi na to pozwalasz? - zapytała sama. Wcześniej, gdy prawda wyszła na jaw, szykowała się na wszystkie najgorsze konsekwencję, łącznie z wyrzuceniem z tego domu. A jednak, nadal tu była. Nadal stroiła posiadłość na Lammas i nikt nie podważył jej prawa do tego.
Czuła się przez to jeszcze gorzej niepewnie.
Nie czuła się z tym dobrze.
Może byłoby jej łatwiej, gdyby Vakel był kimś, kogo nie zdążyłaby po tych wszystkich latach zaakceptować z wszystkimi jego dziwactwami, a nawet, zwyczajnie polubić. Nie pokochać, bo jeśli miała być przed sobą szczera, wątpiła coraz bardziej, że była w stanie czuć coś podobnego do kogokolwiek, czego uświadomienie sobie nie przychodziło jej wcale tak łatwo. Była jednak pomiędzy nią a Dolohovem pewna nić zrozumienia, akceptacji i gdzieś w oddali cel, do którego potrafili razem dążyć. Dawało jej to kiedyś poczucie bezpieczeństwa i spokoju ducha.
Teraz jednak wszystko popadło w ruinę.
I musiała jakoś się w tym odnaleźć, ze świadomością, że to właśnie ona stworzyła jak i zniszczyła ich dwójkę. Czy jednak bez amortencji miałaby szansę na takie życie? Czy znalazłaby się bez niej przy boku kogokolwiek godnego?
Jej matka wątpiła tak mocno, że wręczyła jej eliksir w rękę, próbując zabezpieczyć przyszłość najstarszej córki. Annie uwierzyła, że to jedyna nadzieja.
Teraz nie była pewna, a jednocześnie było już kilka lat za późno, by cokolwiek z tym zrobić.
Nie wiedziała, co ze sobą w tej chwili zrobić. Cisza, która wisiała nad nimi stawała się coraz bardziej dusząca, a słoneczniki już dawno leżały w wazonie idealnie. Założyła dłonie na piersi, czując większy komfort.
A potem padły pytania, które kompletnie ją zaskoczyły.
Patrzyła na Vakela z lekko otwartymi ustami i zmarszczonymi brwiami. Powoli przeniosła wzrok na kwiaty w wazonie, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
Bo tak naprawdę sama nie była pewna, czemu tu nadal była. Próbowała na szybko znaleźć odpowiedź, zrozumieć się w przyśpieszonym tempie, to nie było jednak takie proste. Znów zaległa cisza, ścisnęła się rękami mocniej, czując się niemal jak pod ostrzałem. A potem pierwsze słowa, wypełnione niewinną szczerością opuściły jej usta.
- Lubię to miejsce. Ten dom. - Spojrzała na eleganckie tapety, które sama wybierała, zastanawiając się, jak przekazać resztę tego, co rodziło się gdzieś w jej wnętrzu. - Od lat o niego dbam, aż weszło mi to w nawyk. - Rozluźniła trochę ręce i zacisnęła usta.
Bała się stracić tego, co stało się jej rutyną, w której czuła się bezpiecznie i pewnie. Już tyle z jej elementów przepadło. Broniła się więc przed porzuceniem całej reszty. Tylko wcale nie musiała nawet o to wszystko walczyć. Co ją samą też nurtowało.
- Dlaczego mi na to pozwalasz? - zapytała sama. Wcześniej, gdy prawda wyszła na jaw, szykowała się na wszystkie najgorsze konsekwencję, łącznie z wyrzuceniem z tego domu. A jednak, nadal tu była. Nadal stroiła posiadłość na Lammas i nikt nie podważył jej prawa do tego.
Czuła się przez to jeszcze gorzej niepewnie.