22.07.2024, 20:56 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.07.2024, 21:28 przez Annaleigh Dolohov.)
Cała sytuacja była jej kompletnie w niesmak. Była nie wiadomo gdzie, nie wiadomo już ile czasu i jeszcze do tego, z nie wiadomo kim. Coraz bardziej przez złość na sytuację przekradał się niepokój związany z tym, jak wszytsko mogło się skończyć. A jednak nie potrafiła wymyślić nic, co mogłoby pomóc jej się stąd wydostać. Nie, jeśli różdżka nie miała jednak nagle cudownie zacząć działać. Gdyby chociaż mogła jak normalny człowiek wyjść z tych bagien, to może przyszłość wyglądałaby bardziej kolorowo, ale w tej sytuacji, mogła już zacząć przewidywać najgorszy scenariusz.
Może jednak się myliła i wyjdzie to wszystkim na dobre?
W tej chwili życia, mogła powoli zacząć nad tym myśleć.
Zastanawiała się, czy nie będzie żałować decyzji o podejściu do nieznajomego. Mógł być każdym, a czasy były na tle niespokojne, że czasem trudno było zaufać komuś w podobnych warunkach. Szczególnie gdy otaczała cię nicość, wszystko wydawało się działać przeciwko tobie a jedyna persona, która znajdowała się tu oprócz ciebie zaczynała wyglądać podejrzanie znajomo, choć mrok, który coraz ciaśniej ich oplatał, nie pozwalał na potwierdzenie domysłów. Czy to mogła być jakaś pułapka? Nie była pewna, nie mogła jednak poradzić sobie sama. Musiała więc zdobyć pomoc.
- Nie będę zbyt dużą pomocą - stwierdziła, nie bardzo potrafiąc podzielić radość mężczyzny. Była zmęczona, jej serce tłukło w piersi niemiłosiernie próbując organizmowi dostarczyć więcej tlenu, który coraz trudniej docierał do tkanek. Niedawno myślała, że przeżyła jeden z gorszych dni w jej życiu. Od dziś miał mieć on zdecydowanie wybitną konkurencję.
Nie odpowiedziała od razu zapytana o miejsce pracy. Zastanowiła się chwilę, zdała jednak sobie sprawę, że anonimowość często dla niej nie istniała. A zdradzając nazwisko, mogła czasem liczyć na lepsze traktowanie. Niektórzy mogliby dużo zyskać bezpiecznie dostarczając ją do domu, zdecydowanie więcej, niż robiąc jej krzywdę.
- Annaleigh Dolohov, nadal pracuję w Mungu. Właśnie miałam teleportować się do jednego z moich prywatnych pacjentów, gdy wylądowałam tutaj - wyjaśniła, nawet nie czekając aż jej rozmówcę również się przedstawi. Póki była w jednym kawałku mało ją obchodziło, kim dokładnie był.
Tak przynajmniej myślała, bo kilka minut później zmieniła zdanie.
Nie miała pojęcia jakim cudem udało jej się go w ogóle wyciągnąć, po całym zamieszaniu jednak poczuła się koszmarnie. Usiadła na mokrym podłożu, starając się unormować szalejący oddech, w czasie, gdy jej towarzysz od siedmiu boleści zajął kłodę. Wiedziała, że mało dżentelmenów chodzi w tych czasach po świecie, nie mogła jednak zaprzeczyć, że poczuła się sytuacją kompletnie urażona. Szczególnie, że czuła się coraz słabiej.
Zrobiło jej się niedobrze, w oczach pociemniało i wiedziała, że nie jest dobrze. Odszukała swoją torbę i drżącą ręką wyciągnęła eliksir wzmacniający, ledwo co słysząc, co mówi do niej mężczyzna. Wypiła zawartość fiolki, dalej starając się uspokoić oddech, który choć się trochę urywał, w końcu zacząć się stabilizować.
Nie, zdecydowanie nie chciała jednak umierać na tych mokradłach. Było to jednak poniżej jej godności, która w tej chwili ucierpiała równie mocno, co materiał jej eleganckich spodni, które zapewne będzie musiała kazać wyrzucić. Tego materiału nie dało się tak łatwo wyprać.
- Proszę nie dziękować - wykrztusiła w końcu, w końcu mogąc lepiej zobaczyć jego twarz.
Musiała użyć wszystkich swoich mentalnych sił, by się nie skrzywić.
Mogła jednak go zostawić w tym bagnie.
Nie spodziewała się w takich okolicznościach spotkać swojej niedoszłej ofiary którą zaatakowała jako naśladowca. Było to już jakiś czas temu, twarz jednak utkwiła jej w głowie.
Szkoda, że jej różdżka nie działała, bo gdyby go tu zabiła, nikt by pewnie nie natknął się na ciało przez co najmniej lata. W tej chwili jedyne na co miała siły to trzymanie się przy życiu, a i tak wychodziło jej to z trudem. Nieszczęsna różdżka.
Taka zmarnowana okazja pozbyć się kolejnego ścierwa wspierającego mugolaków.
Nie byłaby teraz pewnie w stanie wrzucić z powrotem w grząskie błoto. Wielka szkoda.
Musiała jednak skupić się na wydostaniu stąd.
- Myślisz, że jesteśmy daleko od Little Hangleton? Może udałoby się tam uzyskać pomoc? - zapytała, kryjąc niesmak, że w ogóle musiała z nim rozmawiać. Było ryzyko, że nie dotrze do wioski, nie przy swoim słabym ciele. Nie mogła jednak leżeć i czekać na wybawienie, które mogło nigdy nie nadejść. Nie, gdy jej nowy towarzysz wyglądał równie źle jak ona, okazując się kiepską pomocą.
Na szczęście nie byli oddaleni od cywilizacji tak bardzo, jak myślała. Wyjście z bagien jednak nie było łatwe. Nie, gdy była przemoczona, a jej serce coraz gorzej dawało sobie radę z wysiłkiem. A ten nie był taki błahy. Błoto wciągało ich nogi, kałuże utrudniały przejście dalej, a co i rusz napotykali się na powalone kłody i głębsze części moczar, które musieli omijać szerszym łukiem, niż Annie chciała. Musieli robić częste przystanki, szczególnie, że oboje okazali się mieć tą samą przypadłość, która utrudniała im wykańczający spacer. Ironia losu, która niemalże śmiała jej się w twarz. Starała się jednak ją znieść ze spokojem. Na siłach trzymała ją jedynie wizja kąpieli i dobrej herbaty w ulubionej filiżance, oraz miękkiego koca, w który miała zamiar się zawinąć. A i tak nie wiedziała jakim cudem dali radę. Może to ta modlitwa do Matki, którą skierowała, gdy jedna z jej nóg zapadła się niemal po kolano w mule i myślała, że utkwi na tym bagnie na wieki, może zwykły łut szczęścia.
Little Hangleton przywitało ich przemoczonych i zdecydowanie źle wyglądających. Na jej białej skórze widniały liczne fioletowe żyłki, ubranie było ubłocone i całe mokre, włosy rozwiał wiatr. Oddech łapała z trudem a mroczki przed oczami odgoniła po raz któryś z już z kolei, choć za każdym razem szło jej to coraz gorzej i wymagało dłuższej chwili. Zdecydowanie potrzebowała wizyty innego uzdrowiciela, podobnie jak jej towarzysz, którego musiała niestety zostawić w spokoju. A szkoda.
Medyk przybył całkiem szybko, zajmując się dwójką lekarzy, którzy w ten sposób niechcący stali się pacjentami. Niezbyt zabawny obrót sprawy w jej mniemaniu, patrząc na okoliczności.
A potem należało w końcu wrócić do domu i odpocząć. I zdecydowanie uważać przy kolejnych próbach teleportacji.
Kto wie, czy następnym razem ktoś się pofatyguje, by jej poszukać.
Może jednak się myliła i wyjdzie to wszystkim na dobre?
W tej chwili życia, mogła powoli zacząć nad tym myśleć.
Zastanawiała się, czy nie będzie żałować decyzji o podejściu do nieznajomego. Mógł być każdym, a czasy były na tle niespokojne, że czasem trudno było zaufać komuś w podobnych warunkach. Szczególnie gdy otaczała cię nicość, wszystko wydawało się działać przeciwko tobie a jedyna persona, która znajdowała się tu oprócz ciebie zaczynała wyglądać podejrzanie znajomo, choć mrok, który coraz ciaśniej ich oplatał, nie pozwalał na potwierdzenie domysłów. Czy to mogła być jakaś pułapka? Nie była pewna, nie mogła jednak poradzić sobie sama. Musiała więc zdobyć pomoc.
- Nie będę zbyt dużą pomocą - stwierdziła, nie bardzo potrafiąc podzielić radość mężczyzny. Była zmęczona, jej serce tłukło w piersi niemiłosiernie próbując organizmowi dostarczyć więcej tlenu, który coraz trudniej docierał do tkanek. Niedawno myślała, że przeżyła jeden z gorszych dni w jej życiu. Od dziś miał mieć on zdecydowanie wybitną konkurencję.
Nie odpowiedziała od razu zapytana o miejsce pracy. Zastanowiła się chwilę, zdała jednak sobie sprawę, że anonimowość często dla niej nie istniała. A zdradzając nazwisko, mogła czasem liczyć na lepsze traktowanie. Niektórzy mogliby dużo zyskać bezpiecznie dostarczając ją do domu, zdecydowanie więcej, niż robiąc jej krzywdę.
- Annaleigh Dolohov, nadal pracuję w Mungu. Właśnie miałam teleportować się do jednego z moich prywatnych pacjentów, gdy wylądowałam tutaj - wyjaśniła, nawet nie czekając aż jej rozmówcę również się przedstawi. Póki była w jednym kawałku mało ją obchodziło, kim dokładnie był.
Tak przynajmniej myślała, bo kilka minut później zmieniła zdanie.
Nie miała pojęcia jakim cudem udało jej się go w ogóle wyciągnąć, po całym zamieszaniu jednak poczuła się koszmarnie. Usiadła na mokrym podłożu, starając się unormować szalejący oddech, w czasie, gdy jej towarzysz od siedmiu boleści zajął kłodę. Wiedziała, że mało dżentelmenów chodzi w tych czasach po świecie, nie mogła jednak zaprzeczyć, że poczuła się sytuacją kompletnie urażona. Szczególnie, że czuła się coraz słabiej.
Zrobiło jej się niedobrze, w oczach pociemniało i wiedziała, że nie jest dobrze. Odszukała swoją torbę i drżącą ręką wyciągnęła eliksir wzmacniający, ledwo co słysząc, co mówi do niej mężczyzna. Wypiła zawartość fiolki, dalej starając się uspokoić oddech, który choć się trochę urywał, w końcu zacząć się stabilizować.
Nie, zdecydowanie nie chciała jednak umierać na tych mokradłach. Było to jednak poniżej jej godności, która w tej chwili ucierpiała równie mocno, co materiał jej eleganckich spodni, które zapewne będzie musiała kazać wyrzucić. Tego materiału nie dało się tak łatwo wyprać.
- Proszę nie dziękować - wykrztusiła w końcu, w końcu mogąc lepiej zobaczyć jego twarz.
Musiała użyć wszystkich swoich mentalnych sił, by się nie skrzywić.
Mogła jednak go zostawić w tym bagnie.
Nie spodziewała się w takich okolicznościach spotkać swojej niedoszłej ofiary którą zaatakowała jako naśladowca. Było to już jakiś czas temu, twarz jednak utkwiła jej w głowie.
Szkoda, że jej różdżka nie działała, bo gdyby go tu zabiła, nikt by pewnie nie natknął się na ciało przez co najmniej lata. W tej chwili jedyne na co miała siły to trzymanie się przy życiu, a i tak wychodziło jej to z trudem. Nieszczęsna różdżka.
Taka zmarnowana okazja pozbyć się kolejnego ścierwa wspierającego mugolaków.
Nie byłaby teraz pewnie w stanie wrzucić z powrotem w grząskie błoto. Wielka szkoda.
Musiała jednak skupić się na wydostaniu stąd.
- Myślisz, że jesteśmy daleko od Little Hangleton? Może udałoby się tam uzyskać pomoc? - zapytała, kryjąc niesmak, że w ogóle musiała z nim rozmawiać. Było ryzyko, że nie dotrze do wioski, nie przy swoim słabym ciele. Nie mogła jednak leżeć i czekać na wybawienie, które mogło nigdy nie nadejść. Nie, gdy jej nowy towarzysz wyglądał równie źle jak ona, okazując się kiepską pomocą.
Na szczęście nie byli oddaleni od cywilizacji tak bardzo, jak myślała. Wyjście z bagien jednak nie było łatwe. Nie, gdy była przemoczona, a jej serce coraz gorzej dawało sobie radę z wysiłkiem. A ten nie był taki błahy. Błoto wciągało ich nogi, kałuże utrudniały przejście dalej, a co i rusz napotykali się na powalone kłody i głębsze części moczar, które musieli omijać szerszym łukiem, niż Annie chciała. Musieli robić częste przystanki, szczególnie, że oboje okazali się mieć tą samą przypadłość, która utrudniała im wykańczający spacer. Ironia losu, która niemalże śmiała jej się w twarz. Starała się jednak ją znieść ze spokojem. Na siłach trzymała ją jedynie wizja kąpieli i dobrej herbaty w ulubionej filiżance, oraz miękkiego koca, w który miała zamiar się zawinąć. A i tak nie wiedziała jakim cudem dali radę. Może to ta modlitwa do Matki, którą skierowała, gdy jedna z jej nóg zapadła się niemal po kolano w mule i myślała, że utkwi na tym bagnie na wieki, może zwykły łut szczęścia.
Little Hangleton przywitało ich przemoczonych i zdecydowanie źle wyglądających. Na jej białej skórze widniały liczne fioletowe żyłki, ubranie było ubłocone i całe mokre, włosy rozwiał wiatr. Oddech łapała z trudem a mroczki przed oczami odgoniła po raz któryś z już z kolei, choć za każdym razem szło jej to coraz gorzej i wymagało dłuższej chwili. Zdecydowanie potrzebowała wizyty innego uzdrowiciela, podobnie jak jej towarzysz, którego musiała niestety zostawić w spokoju. A szkoda.
Medyk przybył całkiem szybko, zajmując się dwójką lekarzy, którzy w ten sposób niechcący stali się pacjentami. Niezbyt zabawny obrót sprawy w jej mniemaniu, patrząc na okoliczności.
A potem należało w końcu wrócić do domu i odpocząć. I zdecydowanie uważać przy kolejnych próbach teleportacji.
Kto wie, czy następnym razem ktoś się pofatyguje, by jej poszukać.