Aryaman Birla
Właściwie nie zauważył, to znaczy, zauważył, ale ignorował Delacoura przy rzeczoznawcy. Wszyscy mieli swoje powody zastawiania przedmiotów, bardzo różne. Mógł oceniać w duchu, oczywiście że to robił, lecz nie tak bardzo, jakby robił to, gdyby był Morpheusem. Birla miał inne podejście do świata.
— Owszem, proszę ocenić wedle własnego uznania — oznajmił tylko, wyciągając w stronę Marcusa ozdóbkę, aby rzeczoznawca mógł ją obejrzeć wedle swoich potrzeb. Miała się inaczej, niż zegarek młodzieńca obok, będąc typowym zbytkiem, czymś bez czego bardzo łatwo się obejść i raczej nie wyglądała na przedmiot sentymentalny. Dał przy tym sygnał, że targować się nie zamierza i ostateczny los obroży jest mu zupełnie obojętny. Problemem nie był brak gotówki Birli, ale niechęć do noszenia gotówki.
Zwrócił się na chwilę spojrzeniem do młodzieńca, obejrzał go wyraźnie od stóp do głów tym wężowym spojrzeniem.
— Kilka, chciałbym dołączy na nowo do mojego stolika — wyjaśnił Matthiasowi, uprzejmym, acz nieco oschłym tonem. Miejsce przy stoliku do pokera stygło, a on chciał przepuścić jeszcze więcej pieniędzy. Rozrzutność nie była zwykle jego przywarą, ale nadał ją Aryamanowi, a galeonów zarobionych w Departamencie Tajemnic do grobu nie zabierze, potomstwa nie miał, budżet na remont zameczku już wypisany. Żyć, nie umierać, chociaż czuł nad sobą gilotynę. Może właśnie dlatego żyć przede wszystkim.
—Co pan sądzi, panie Flitwick? Słyszałem o angielskich problemach, może uda się panu ją sprzedać komuś, kto trzyma swoich mugoli na smyczy. I oczywiście od razu wymieniam na żetony.