22.07.2024, 23:41 ✶
Dorastanie na Nokturnie nie należało do najłatwiejszych, ale z pewnością niosło za sobą także plusy, chociaż niektórzy poddaliby to pewnie pod wątpliwość. To właśnie sąsiedzi nauczyli go szeregu zdolności, którymi posługiwał się po dziś dzień. Potrafił kraść, oszukiwać w karty i kłamać, z czego z chęcią korzystał, jeśli tylko przydarzyła się odpowiednia okazja. Niby nie musiał, bo miał prace i stałe zarobki, ale czemu ograniczać się do tak nudnego, przyziemnego życia? Jasne, lubił otrzymywać z rąk brata sakiewki wypełnione galeonami, ale podwędzanie mieszków przypadkowym biesiadnikom w barze dawało mu dużo więcej dopaminy. Każda taka sytuacja wystawiała na próbę jego zdolności oraz niosła ze sobą ryzyko przyłapania. Uciekanie przed brygadzistami co prawda nie znajdowało się na szczycie jego listy rzeczy do zrobienia, ale po pijaku była to wręcz wyśmienita zabawa. Szczególnie wtedy, gdy nie był w tym sam.
Zawsze był otwarty i wygadany, nawiązywanie nowych relacji nigdy nie sprawiało mu większych problemów. Starczył mu jeden wieczór spędzony na piciu, żeby nazwać kogoś przyjacielem. Z racji na tak luźne podejście w kontaktach międzyludzkich grono jego znajomych było dość spore. Kojarzyła go pewnie większość nokturnu i spora część bywalców knajp osadzonych w magicznym Londynie. Nierzadko wychodził na miasto samodzielnie, znajdując kompanię po drodze, ale najchętniej umawiał się ze sprawdzonymi, bliskimi przyjaciółmi. Dokładnie do ich grona zaliczała się Vior, z którą niejedno już odwalił. Złodziejka, jubilerka, ale przede wszystkim wyjątkowo rozrywkowa babka. Po prostu nie dało się z nią źle bawić. Swego czasu nawet do niej podbijał, ale w ostatecznym rozrachunku im nie wyszło. Początkowo było mu nieco szkoda, bo była naprawdę ładna, ale ostatecznie wzruszył ramionami i przeszedł nad tym do porządku dziennego. W końcu tego kwiatu jest pół świata, czy jak to tam mówią mugole. Poza tym naprawdę fajnie się bawił w jej towarzystwie. Zbyt dobrze, żeby to tak po prostu porzucić.
— Słuchaj, niech się cieszy, że stracił tylko mieszek. Gdybyś go nie ojebała, wybiłbym mu kilka zębów — odparł wesoło, zerkając na Vior z szerokim uśmiechem. Wypili już tyle, żeby jego umysł nieco się stępił (o ile dało się bardziej), ale krok miał jeszcze względnie prosty. — Nienawidzę takich typów jak on. Przychodzą do naszej knajpy i myślą, że mogą się rządzić. Obrzydliwe — splunął na bruk, w myślach przeklinając ich niedoszłego oponenta, po czym wrócił spojrzeniem do partnerki. Nie zdążył jednak rzucić więcej przekleństw, bowiem jego uwagę przyciągnęła grupka goblinów. Miał w krwi zbyt dużo promili, żeby myśleć jednocześnie o dwóch rzeczach, także wyzywanie przypadkowego chłopa postanowił zostawić na później. Szczególnie że wspomniana wyżej kompania poruszyła nadzwyczajnie ciekawy temat.
Przez chwilę myślał nad jakąś ładną wiązanką, ale uprzedziła go w tym Vior. — Amen, siostro. Polać ci — zawołał, po czym dał się jej odwrócić i ruszył w stronę kolejnej knajpy. Nie zdążyli jednak odejść nawet na kilka kroków, gdy dotarły do niego już znacznie mniej przyjazne komentarze.
-Typowi czarodzieje, wszyscy tacy sami. Złodzieje i oszuści, którzy żerują na umiejętnościach innych ras! — Jasne, Billy był złodziejem, ale nie miał zamiaru słuchać takich tekstów ze strony tych pomarszczonych karłów. Wyswobodził się z objęć Vior i ruszył w stronę goblinów, które patrzyły na niego z wyjątkowo szyderczymi uśmiechami. Miny im jednak zrzedły, gdy Fletcher bez jakiegokolwiek uprzedzenia chwycił za fraki i podniósł w górę tego, który dopiero co się odezwał.
— Uważaj sobie kolego, bo nie dam obrażać koleżanki. Następnym razem dostaniesz w mordę — warknął, po czym puścił go na ziemię. Poprawił lekko ubrania, po czym spojrzał na nich z pogardą. — Przy okazji. Ten wasz Ragnuk to był pizda, a nie kowal. Już w szkole robiłem lepsze miecze niż ten, który zrobił Godrykowi — zadeklarował, chociaż nawet nie kojarzył, jak miecz Gryffindora wyglądał. — Wy to się lepiej cieszcie, że po odebraniu zamówienia chłopa nie pozwał za oszustwo i wyłudzanie galeonów. Takie podróbki można kupić na pierwszym lepszym targowisku! — zawołał jeszcze, energicznie machając przy tym rękoma.
Zawsze był otwarty i wygadany, nawiązywanie nowych relacji nigdy nie sprawiało mu większych problemów. Starczył mu jeden wieczór spędzony na piciu, żeby nazwać kogoś przyjacielem. Z racji na tak luźne podejście w kontaktach międzyludzkich grono jego znajomych było dość spore. Kojarzyła go pewnie większość nokturnu i spora część bywalców knajp osadzonych w magicznym Londynie. Nierzadko wychodził na miasto samodzielnie, znajdując kompanię po drodze, ale najchętniej umawiał się ze sprawdzonymi, bliskimi przyjaciółmi. Dokładnie do ich grona zaliczała się Vior, z którą niejedno już odwalił. Złodziejka, jubilerka, ale przede wszystkim wyjątkowo rozrywkowa babka. Po prostu nie dało się z nią źle bawić. Swego czasu nawet do niej podbijał, ale w ostatecznym rozrachunku im nie wyszło. Początkowo było mu nieco szkoda, bo była naprawdę ładna, ale ostatecznie wzruszył ramionami i przeszedł nad tym do porządku dziennego. W końcu tego kwiatu jest pół świata, czy jak to tam mówią mugole. Poza tym naprawdę fajnie się bawił w jej towarzystwie. Zbyt dobrze, żeby to tak po prostu porzucić.
— Słuchaj, niech się cieszy, że stracił tylko mieszek. Gdybyś go nie ojebała, wybiłbym mu kilka zębów — odparł wesoło, zerkając na Vior z szerokim uśmiechem. Wypili już tyle, żeby jego umysł nieco się stępił (o ile dało się bardziej), ale krok miał jeszcze względnie prosty. — Nienawidzę takich typów jak on. Przychodzą do naszej knajpy i myślą, że mogą się rządzić. Obrzydliwe — splunął na bruk, w myślach przeklinając ich niedoszłego oponenta, po czym wrócił spojrzeniem do partnerki. Nie zdążył jednak rzucić więcej przekleństw, bowiem jego uwagę przyciągnęła grupka goblinów. Miał w krwi zbyt dużo promili, żeby myśleć jednocześnie o dwóch rzeczach, także wyzywanie przypadkowego chłopa postanowił zostawić na później. Szczególnie że wspomniana wyżej kompania poruszyła nadzwyczajnie ciekawy temat.
Przez chwilę myślał nad jakąś ładną wiązanką, ale uprzedziła go w tym Vior. — Amen, siostro. Polać ci — zawołał, po czym dał się jej odwrócić i ruszył w stronę kolejnej knajpy. Nie zdążyli jednak odejść nawet na kilka kroków, gdy dotarły do niego już znacznie mniej przyjazne komentarze.
-Typowi czarodzieje, wszyscy tacy sami. Złodzieje i oszuści, którzy żerują na umiejętnościach innych ras! — Jasne, Billy był złodziejem, ale nie miał zamiaru słuchać takich tekstów ze strony tych pomarszczonych karłów. Wyswobodził się z objęć Vior i ruszył w stronę goblinów, które patrzyły na niego z wyjątkowo szyderczymi uśmiechami. Miny im jednak zrzedły, gdy Fletcher bez jakiegokolwiek uprzedzenia chwycił za fraki i podniósł w górę tego, który dopiero co się odezwał.
— Uważaj sobie kolego, bo nie dam obrażać koleżanki. Następnym razem dostaniesz w mordę — warknął, po czym puścił go na ziemię. Poprawił lekko ubrania, po czym spojrzał na nich z pogardą. — Przy okazji. Ten wasz Ragnuk to był pizda, a nie kowal. Już w szkole robiłem lepsze miecze niż ten, który zrobił Godrykowi — zadeklarował, chociaż nawet nie kojarzył, jak miecz Gryffindora wyglądał. — Wy to się lepiej cieszcie, że po odebraniu zamówienia chłopa nie pozwał za oszustwo i wyłudzanie galeonów. Takie podróbki można kupić na pierwszym lepszym targowisku! — zawołał jeszcze, energicznie machając przy tym rękoma.