23.07.2024, 12:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.07.2024, 12:49 przez Florence Bulstrode.)
– Jestem jedynie… stanowcza. Nie uparta – powiedziała Florence, tonem wskazującym, że będzie się przy tym bardzo upierać i nic ani nikt nie przekona jej do zmiany zdania. Basilius jednak nie miał nawet szans zaczynać sporu czy przekomarzań, bo… porwała go miotła.
To była stara miotła. Na tyle stara, że Florence, chociaż nie biegała szybko (acz w tym biegu teraz dawała z siebie absolutnie wszystko i chyba ostatni raz gnała tak prędko na Polanę Ognia po tym, jak przeminęła wichura), nie została bardzo w tyle, a wypadła poza niewysoki, kamienny murek otaczający ogród zaledwie chwilę po tym, jak przeleciał ponad nim Basilius. Czar spowalniający świsnął w powietrzu, ale minął miotłę o cal i nie zdołał jej unieruchomić, a coś w środku Florence skręciło się boleśnie. Nie zwolniła jednak biegu, nie opuściła różdżki, nie dbała o to, że może się potknąć, a na strach… na strach nie mogła sobie teraz pozwolić.
Z jej ust wyrwał się okrzyk przestrachu, kiedy Prewett spadł z miotły.
Nie próbowała trafić w niego: nie była Albusem Dumbledorem, geniuszem magii, mistrzem pojedynków, nie miała szans trafić Basiliusa w locie w dół, skoro nie zdołała nawet wycelować w miotłę. Zamiast tego wycelowała w ziemię pod nim, próbując za pomocą transmutacji tę zmiękczyć. Może coś innego byłoby skuteczniejsze, ale Florence nic innego nie przyszło do głowy, a w tej chwili niewiele miała czasu na zastanawianie się.
Na transmutację, pod edycję
Czy to jej wprawna ręka, czy szczęście, nieraz uśmiechające się do Prewettów w krytycznych sytuacjach - Pan Losu zdawał się lubić to, jak chętnie go wyzywali, i choć chętnie dawał im nauczkę, czasem uśmiechał się do nich kapryśnie - bo czar zadziałał. Ziemia rozmokła, trawa rozrosła się, by złagodzić impet upadku.
A jednak gdy upadł, mogłaby przysiąc - chociaż wiedziała, że z medycznego punktu widzenia nie jest to możliwe - serce zamarło jej w piersi.
To była stara miotła. Na tyle stara, że Florence, chociaż nie biegała szybko (acz w tym biegu teraz dawała z siebie absolutnie wszystko i chyba ostatni raz gnała tak prędko na Polanę Ognia po tym, jak przeminęła wichura), nie została bardzo w tyle, a wypadła poza niewysoki, kamienny murek otaczający ogród zaledwie chwilę po tym, jak przeleciał ponad nim Basilius. Czar spowalniający świsnął w powietrzu, ale minął miotłę o cal i nie zdołał jej unieruchomić, a coś w środku Florence skręciło się boleśnie. Nie zwolniła jednak biegu, nie opuściła różdżki, nie dbała o to, że może się potknąć, a na strach… na strach nie mogła sobie teraz pozwolić.
Z jej ust wyrwał się okrzyk przestrachu, kiedy Prewett spadł z miotły.
Nie próbowała trafić w niego: nie była Albusem Dumbledorem, geniuszem magii, mistrzem pojedynków, nie miała szans trafić Basiliusa w locie w dół, skoro nie zdołała nawet wycelować w miotłę. Zamiast tego wycelowała w ziemię pod nim, próbując za pomocą transmutacji tę zmiękczyć. Może coś innego byłoby skuteczniejsze, ale Florence nic innego nie przyszło do głowy, a w tej chwili niewiele miała czasu na zastanawianie się.
Na transmutację, pod edycję
Rzut N 1d100 - 82
Sukces!
Sukces!
Rzut N 1d100 - 87
Sukces!
Sukces!
Czy to jej wprawna ręka, czy szczęście, nieraz uśmiechające się do Prewettów w krytycznych sytuacjach - Pan Losu zdawał się lubić to, jak chętnie go wyzywali, i choć chętnie dawał im nauczkę, czasem uśmiechał się do nich kapryśnie - bo czar zadziałał. Ziemia rozmokła, trawa rozrosła się, by złagodzić impet upadku.
A jednak gdy upadł, mogłaby przysiąc - chociaż wiedziała, że z medycznego punktu widzenia nie jest to możliwe - serce zamarło jej w piersi.