Wyciągnął trzeci kartonik i oparł czubek o dolną wargę, jednak młody Prewett nie mógł dojrzeć, co to za karta, jedynie ocenić jej stan; Longbottom operował znoszoną talią, noszącą ślady wieloletniej miłości i burzliwego romansu z jego dłońmi. Jeden narożnik tej karty był zagięty i skrupulatnie rozłożony, tak że na nowo nabrała prawidłowego kształtu pozostawiając jedynie cienką bliznę, tam gdzie ją naruszono. Nie mógł wiedzieć, że w każdej jego talii, ta jedna karta była właśnie tak oznaczona. On tego też nie wiedział, nie na prawdę. Po prostu z jakiegoś powodu to zawsze była ta, bez względu jak świeża była to talia. Nawet te prosto od producenta.
Karta nie dotknęła nigdy blatu. Zniknęła pomiędzy innymi równie szybko, jak się pojawiła. Znał ją i nie chciał na nią patrzeć. Wodziła za nos. Wrócił do tasowania, taksując nieco mętnym spojrzeniem gości klubu. Czy to był omen? Nie. Nie oddychał tym samym powietrzem od wielu, wielu lat i raczej nie było możliwości, aby zmieniło się to tego wieczoru.
— Jedynie krytyka pozwala na dojrzenie swoich słabości. Samozadowolenie prowadzi do miałkości — zgarnął karty ze stołu, jakby uznał, że ich treść nie była przeznaczona dla Laurenta w połowie rozkładu. W rzeczywistości były to tylko dwie karty. I nie padło jeszcze żadne pytanie. Nie do nich. Nie od płowowłosego Wawrzyńca o licu wychudzonego aniołka, który pewnie znał trzydzieści różnych sposób na to, aby go okraść.
— Szaleni bogowie rzezi są dzisiaj łaskawi i chętni opowiadać o przyszłości.
Rozłożył talię na dwie części, postukał połówkami w blat, wyrównując brzegi ze sobą, po czym odgiął je, tak aby puszczając oba narożniki, dwie połowy zmieszały się na zakładkę. Charakterystyczny dźwięk nie przebił się nadal przez występy na scenie, a karty też miały swoje lata i zmiękły nieco, tracąc na sztywności, rzecz oczekiwana wobec talii, odrzucająca wobec partnera.
— Pytanie powinno być otwarte, zaczynać się od jak? I nie być pytaniami, na które nie chce się znać odpowiedzi.
Tarot przesuwał się w dłoniach Morpheusa jak woda. Bez sztuczek, bez efektownych rzutów, w hipnotyzującej prostocie. Nie był iluzjonistą, magikiem, on spoglądał w przyszłość.
Spoglądanie w przyszłość jest jak oglądanie dłoni pod wodą w strumieniu. Każdy ruch dłoni, każde poruszenie palców, rozprasza światło, tworząc tańczące refleksy na powierzchni wody. Woda, nieskazitelnie przejrzysta, przekształca kształty dłoni, deformując je w tajemniczy sposób. Przezroczystość i jednoczesne zniekształcenie stają się metaforą nieuchwytności przyszłości – wyraźnej, a zarazem niepewnej.
Strumień symbolizuje nieubłagany upływ czasu. Woda płynie, nie zatrzymuje się, podobnie jak życie toczy się nieprzerwanie naprzód. Każda kropla wody, każda zmarszczka na powierzchni, to chwila, która mija i nigdy nie powróci. W ten sposób, spoglądanie w przyszłość to akt zanurzenia się w strumieniu czasu, próbując zrozumieć to, co nadchodzi, mimo że jest to zawsze częściowo ukryte i zniekształcone przez nurt życia.
Patrząc na dłonie pod wodą, uświadamia się, że przyszłość jest piękna w swojej niejasności. To migotanie światła, te subtelne zmiany i ruchy, to obietnica czegoś nieznanego, czegoś, co czeka na odkrycie. Przyszłość, jak dłonie pod wodą, jest pełna nadziei i możliwości, które mimo że czasem trudno dostrzec w pełni, zawsze są tam, gotowe, by zostać uchwycone w odpowiednim momencie.
A dłonie Morpheus zawsze są pod wodą, aby nie mógł nikogo poparzyć.