23.07.2024, 20:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.07.2024, 21:00 przez Baldwin Malfoy.)
Wieczory takie jak te były Baldwinowym ukojeniem.
Spędził ostatnie dni wygłaszając monologi, zabijając raz po raz Dunkana na deskach teatru i odchodząc od zmysłów ku uciesze zgromadzonej w teatrze Selwynów widowni spragnionej emocji, które mógł im ofiarować tylko Szekspir i młody Makbet o włosach koloru śniegu i błędnym spojrzeniu.
Ale gdy granica między sztuką, a prawdą zaczynała się zacierać pojawiał się wieczór taki jak ten - w starym, dobrym Wiwernie, gdzie nikt nie zadawał pytań, alkohol lał się strumieniami, a towarzyszyli mu dwaj poznani jeszcze tego samego wieczora “przyjaciele.”
I właśnie tak perfekcyjny wieczór przerwał… gość w kominku? Nie żeby dobijanie się do pubu siecią fiuu było zakazane, ale… Nie oszukujmy się, Baldwin parsknął śmiechem razem ze swoimi towarzyszami, gdy blond panisko upadło na podłogę. A potem… Potem ich gość zaczął się gapić w ich stronę, co wyraźnie nie spodobało się jednemu z siedzących obok czarodziejów.
- Czego kurwa.- Warknął gość, którego imienia Baldwin nawet nie planował poznawać.
W półmroku pomieszczenia błysk ostrza zdawał się jeszcze wyraźniejszy. A puste zgrzytnięcie, gdy wbił się w blat stołu - głośniejsze. Baldwin wycelował idealnie między rozczapierzonymi palcami swojego towarzysza, skutecznie ochładzając jego mordercze zapędy. Pół cala w jedną czy drugą stronę, a zostałby bez któregoś palca sądząc z jaką łatwością ostrze przeszło przez spróchniałe drewno.
W drugiej ręce trzymał już różdżkę, teraz wyraźnie skierowaną w stronę Maximiliana. Mała, brudna szlama.
- Malf…
- Won stąd.- Wymruczał nie dając “przyjacielowi” nawet dokończyć myśli. O ile jakiekolwiek myśli w tych zakutych, przepitych tanią whisky czerepach jeszcze zdążyły przetrwać.- Ten tutaj jest mój. - Machnął leniwie ręką odpędzając ich od siebie jak irytujące muchy.
Bez większego problemu, nawet na moment nie pozwalając różdżce uciec z celu (ofiary) stanął na ławie. Jeden krok i był już na blacie stołu, po którym przespacerował się jak gdyby nigdy nic. Parę kielichów się przewróciło, rozlewając zawartość i mocząc dół jego długiej czarnej szaty. Zeskoczył na drugą ławę, z niej na podłogę.
Teraz gdy znalazł się bliżej, mógł się chłopakowi nareszcie przyjrzeć. Z każdym kolejnym krokiem był pewniejszy, że stoi przed nim sam pieprzony Maximilian Addams. Tak dawno się nie widzieli. Od czasów szkoły? Zabawne. A teraz tak po prostu, tego kompletnie nijakiego wieczoru blondyn jak gdyby nigdy nic wypełznął z rynsztoka, czy gdzie tam spędzali czas mugole. Gryfoniątko dorosło i postanowiło wetknąć nos, gdzie go nie chcą? Zmienił się… Interesujące.
Baldwin szybko zorientował się, że nie potrafi oderwać wzroku od oczu chłopaka. Była w nich ta irytująca chęć przetrwania. Poczuł przyjemny dreszcz w palcach zaciśniętych na różdżce. Jakby bezgłośnie błagała go o reakcję. Złam go. Połam i zostaw na bruku innym do zabawy. Taki śliczny; mógłby się nadać… Porcelanowa laleczka do Twojej pozytywki Baldwinie.
Nie. Na to jeszcze nie czas. Dlatego żadna z tych myśli nie opuściła bezpiecznej przestrzeni umysłu chłopaka. Zamiast tego wyciągnął wolną rękę przed siebie i… gestem palca przywołał do siebie chłopaka. Bez słowa. Za to z tym cholernym uśmieszkiem, obiecującym, że sprzeciw czy opór może być co najmniej.. bolesny. Przechylił głowę, licząc sekundy. Ile czasu potrzebował piesek, by przestać sterczeć przy kominku.
Spędził ostatnie dni wygłaszając monologi, zabijając raz po raz Dunkana na deskach teatru i odchodząc od zmysłów ku uciesze zgromadzonej w teatrze Selwynów widowni spragnionej emocji, które mógł im ofiarować tylko Szekspir i młody Makbet o włosach koloru śniegu i błędnym spojrzeniu.
Ale gdy granica między sztuką, a prawdą zaczynała się zacierać pojawiał się wieczór taki jak ten - w starym, dobrym Wiwernie, gdzie nikt nie zadawał pytań, alkohol lał się strumieniami, a towarzyszyli mu dwaj poznani jeszcze tego samego wieczora “przyjaciele.”
I właśnie tak perfekcyjny wieczór przerwał… gość w kominku? Nie żeby dobijanie się do pubu siecią fiuu było zakazane, ale… Nie oszukujmy się, Baldwin parsknął śmiechem razem ze swoimi towarzyszami, gdy blond panisko upadło na podłogę. A potem… Potem ich gość zaczął się gapić w ich stronę, co wyraźnie nie spodobało się jednemu z siedzących obok czarodziejów.
- Czego kurwa.- Warknął gość, którego imienia Baldwin nawet nie planował poznawać.
W półmroku pomieszczenia błysk ostrza zdawał się jeszcze wyraźniejszy. A puste zgrzytnięcie, gdy wbił się w blat stołu - głośniejsze. Baldwin wycelował idealnie między rozczapierzonymi palcami swojego towarzysza, skutecznie ochładzając jego mordercze zapędy. Pół cala w jedną czy drugą stronę, a zostałby bez któregoś palca sądząc z jaką łatwością ostrze przeszło przez spróchniałe drewno.
W drugiej ręce trzymał już różdżkę, teraz wyraźnie skierowaną w stronę Maximiliana. Mała, brudna szlama.
- Malf…
- Won stąd.- Wymruczał nie dając “przyjacielowi” nawet dokończyć myśli. O ile jakiekolwiek myśli w tych zakutych, przepitych tanią whisky czerepach jeszcze zdążyły przetrwać.- Ten tutaj jest mój. - Machnął leniwie ręką odpędzając ich od siebie jak irytujące muchy.
Bez większego problemu, nawet na moment nie pozwalając różdżce uciec z celu (ofiary) stanął na ławie. Jeden krok i był już na blacie stołu, po którym przespacerował się jak gdyby nigdy nic. Parę kielichów się przewróciło, rozlewając zawartość i mocząc dół jego długiej czarnej szaty. Zeskoczył na drugą ławę, z niej na podłogę.
Teraz gdy znalazł się bliżej, mógł się chłopakowi nareszcie przyjrzeć. Z każdym kolejnym krokiem był pewniejszy, że stoi przed nim sam pieprzony Maximilian Addams. Tak dawno się nie widzieli. Od czasów szkoły? Zabawne. A teraz tak po prostu, tego kompletnie nijakiego wieczoru blondyn jak gdyby nigdy nic wypełznął z rynsztoka, czy gdzie tam spędzali czas mugole. Gryfoniątko dorosło i postanowiło wetknąć nos, gdzie go nie chcą? Zmienił się… Interesujące.
Baldwin szybko zorientował się, że nie potrafi oderwać wzroku od oczu chłopaka. Była w nich ta irytująca chęć przetrwania. Poczuł przyjemny dreszcz w palcach zaciśniętych na różdżce. Jakby bezgłośnie błagała go o reakcję. Złam go. Połam i zostaw na bruku innym do zabawy. Taki śliczny; mógłby się nadać… Porcelanowa laleczka do Twojej pozytywki Baldwinie.
Nie. Na to jeszcze nie czas. Dlatego żadna z tych myśli nie opuściła bezpiecznej przestrzeni umysłu chłopaka. Zamiast tego wyciągnął wolną rękę przed siebie i… gestem palca przywołał do siebie chłopaka. Bez słowa. Za to z tym cholernym uśmieszkiem, obiecującym, że sprzeciw czy opór może być co najmniej.. bolesny. Przechylił głowę, licząc sekundy. Ile czasu potrzebował piesek, by przestać sterczeć przy kominku.