Tej nocy dobrze spała – może dlatego, że spędziła ją tak miło? Na uciekaniu od czarnoksiężnika, albo cholera wie kogo, heh, ale bądź co bądź było przecież zabawnie. Trochę strachu, trochę absurdu, a na końcu… całkiem miłe wspomnienie i herbata wypita przed snem w towarzystwie powodu, dla którego miała tak dobry humor.
Tak, spała dobrze, oczywiście na eliksirze, ale wstała o normalnej godzinie, chcąc na spokojnie ogarnąć się w domu ze swoimi codziennymi rzeczami, na które musiała mieć czas, odkąd nie miała do pomocy skrzata domowego, a na domiar wszystkiego kręciły się obok niej dwa koty. Victoria umówiła się na dzisiaj z Saurielem, żeby przetestować eliksir, nad którym tyle czasu już pracowała, chociaż głównie to umysłowo; czytając, sprawdzając, wymyślając odpowiednie proporcje, bazując na swojej wiedzy odnośnie każdego ze składników. Zeszła do piwnicy raz jeszcze, dorzucić ostatni składnik, zamieszać wszystko odpowiednią ilość razy, porównując wszystko z własnymi notatkami, a w końcu mogła zgasić ogień pod kociołkiem i zapisać w zeszycie: próba nr 1. Czy wyjdzie? Nie wiedziała. Miała nadzieję, ale nie mogła wiedzieć.
Wiedza przyrodnicza
Sukces!
Ostrożnie odlała dwie próbki do czystych, wyparzonych fiolek, zakorkowała je uważnie i przyjrzała się temu przez światło. Eliksir miał dość rzadką konsystencję, na wpół przezroczystą, na wpół głęboko fioletową i mieniły się w niej wstęgi czegoś… jakby błyszczącego. A później ostrożnie schowała je do torby, zgarniając też przy okazji klasyczny eliksir ochrony przed ogniem, którego zapas miała już jakiś czas przygotowany. Wzięła ze sobą też eliksir wiggenowy i bezoar na wszelki wypadek, i tak przygotowana teleportowała się w umówione miejsce.
Był taki ładny dzień. Taka ładna pogoda… Ostrożnie odłożyła torbę w trawę, opierając ją o jeden ze ściętych pni i wyciągnęła twarz do słońca, zamknąwszy oczy.
Nic. Nie czuła żadnego ciepła… a raczej czuła je, ale nijak nie robiło jej się cieplej. Drżała, pomimo sierpniowego dnia pełnego słońca. Przysiadła na tym pniu, objęła ramiona dłońmi i… czekała.
Nie było go. Rozmyślił się? Ale jeśli się rozmyślił, to mógł jej przecież napisać… po co się tu fatygowała bez powodu? Fakt, trochę ją to rozstroiło i zirytowała, i powiedziała sobie, że da mu jeszcze piętnaście minut, bo w przeciwnym wypadku…
Obrywała właśnie w palcach listek, który zerwała z drzewa, gdy usłyszała znajomy dźwięk pyknięcia przy teleportacji, a zaraz po tym krzyk. Znajomy głos, na który odwróciła głowę, a rysy jej twarzy same się wygładziły. Szum tej wody trochę załagodził to zawołanie i gdyby nie to, co mieli tu do zrobienia, to pewnie i tak z chęcią by tu posiedziała. Było przyjemnie, cicho, spokojnie i z dala od ludzi.
– Myślałam już, że się rozmyśliłeś – powiedziała miękko i lekko zmarszczyła brwi w jakiejś takiej trosce, gdy spoglądała, jak przymruża oczy i pociera je, nienawykły do znajdowania się tak blisko słońca jak teraz. Gdyby nadal wiązał ich rytuał Beltane, to pewnie czułaby to nieznośne ciągnięcie mówiące o niebezpieczeństwie czyhającym na Sauriela.
Wstała, gładko odrzuciła ciemne pukle na plecy i podniosła swoją torbę, by podejść do Sauriela, przyglądając mu się spokojnie.
– Jak czujesz potrzebę – zaskakująco dużo nawijał o penisach jak na kogoś, kto twierdził, że nie czuje żadnego pociągu. Rekompensował coś sobie? Naprawdę trzeba było? – Ale to eliksir słonecznej tarczy, a nie ożywienia przyrodzenia. Nie ma potrzeby, żebyś biegał tu goluśki, ale jak bardzo chcesz, to zobaczę, co da się zrobić. Wtedy byłoby to bardziej niż wskazane – i uśmiechnęła się krótko i krzywo, nieco sarkastycznie. Może powinna się ugryźć w język, ale Sauriel sam ją sprowokował. A to, że już rozmyślała, czy to jest możliwe, to zupełnie inna sprawa.
Zaraz jednak wydobyła jedną z fiolek eliksiru, którą przelała przed przyjściem tutaj i podała ją Saurielowi.
– Na początek mi powiedz, jak się czujesz po wypiciu tego, bez wychodzenia na słońce, dobra? A potem będziemy patrzeć co dalej.