Stosunkowo szybko wróciła do głównego pomieszczenia. Mimo prośby Agnes, nie od razu jednak podeszła do fortepianu. Uznała, że miała jeszcze chwilę. Może kilka chwil dla siebie. Zwłaszcza, że ciotki nigdzie nie było widać. Czyżby zniknęła, chcąc odpowiednio zająć się tą całą niespodzianką? Okaże się za chwilę. Za kilka chwil?
Spojrzeniem odnalazła Camille. Camille oraz Matthiasa. Chwilę im się przyglądała. O tym też będzie musiała z kuzynką szczerze porozmawiać. Choć może niekoniecznie dzisiaj. Będą musiały się umówić. Spotkać tylko we dwie. Może nawet uda im się to zrobić jakoś w tygodniu?
- Podejdźmy do Camille. – zwróciła się do Urlett. Następnie, nie czekając na reakcje kobiety, ruszyła w kierunku kuzynki. Kiedy znalazła się wystarczająco blisko, odezwała się w jej stronę. Nie kryła przy tym lekkiego rozbawienia. Łatwo było wychwycić, że wypowiedziane słowa nie były poważne. – Tak szybko uciekłaś, że byłabym skłonna pomyśleć, że mnie unikasz. A przecież obiecałaś mi rozmowę. – zagadnęła, po czym, nie dając czasu na odpowiedź, na jakąś reakcje, płynnie przeszła na język francuski. – Mogłabyś zająć się moją znajomą? Nikogo tu nie zna. Odwdzięczę się za tę drobną przysługę. – odgórnie założyła, że zwracając się po francusku, nikt niepowołany (Matthiasa za kogoś nieodpowiedniego nie uważała), tej prośby nie usłyszy. A przynajmniej nie zrozumie przekazu. Celowo też nie wypowiedziała imienia Urlett. Ta mogłaby wtedy łatwiej połączyć fakty. Nie chciała tego. – Udało wam się cokolwiek wygrać? – to już dodała po angielsku. Proste pytanie. Pytanie logiczne. Celine nie zdążyła wcześniej się w tym rozeznać. Nie wiedziała kto iloma żetonami dysponował. Kto ile ich zyskał. Kto ile ich stracił. Nie miała też zielonego pojęcia o tym, że Matthias zdecydował się zastawić własny zegarek, żeby móc dalej grać. Nie to, żeby krytycznie takie zachowania oceniała.
No może trochę.
Troszeczkę.
Spojrzała nawet kilka razy w kierunku Marcusa Flitwicka i pana Birli. Birla? Nie wiedziała jak powinna odmieniać to nazwisko. Ale też na poprawności jej nie zależało.
- Nie chciałabym tak nisko upaść, żeby zastawiać własną biżuterie. – stwierdziła. Wolna ręka powędrowała przy tych słowach do wisiorka. Wisiorka z cennym kamieniem. Szafirem. Raczej nie tak drogiego jak obroża pana Birla, ale nadal zapewne całkiem wartościowego. Następnie lekko się pochyliła. Ściszyła też głos, tak żeby kolejnych słów nie usłyszał nikt spoza ich wąskiego grona. Camille, Urlett, Matthias, Viorica. – Choć tak szczerze mówiąc, to też obroży nie byłoby mi szczególnie szkoda. Okropne paskudztwo.