24.07.2024, 20:08 ✶
Nadal przy ognisku.
Niewiele brakowało Eden, żeby zdjęła buty, cisnęła je zamaszyście w bok z nadzieją, że obcas tak fortunnie poleci, że Bottowi oko wybije, a następnie z rozbiegu rzuciła się w spienione fale. Samo patrzenie na Bertiego sprawiało, że słyszała diabelskie podszepty skłaniające ją ku pomysłowi, a co dopiero propozycja, żeby się spotkać osobiście i omawiać przeklętą fasolę.
Wtem uśmiechnęła się perliście, jakby przez moment ucieszyła się na spotkanie - przeszło jej wtedy przez myśl, że byłaby to dobra okazja, aby bez obecności Alastora wygarnąć Bottowi, co o nim sądzi. Mina Eden jednak zrzedła nieco, gdy dotarło do niej, że on by Moody'emu niechybnie wszystko po fakcie wyśpiewał, a Alek uwierzyłby mu w każde słowo i to nawet nie z bezgranicznego zaufania do przyjaciela, a dlatego, że nie ma wierniejszego testamentu charakteru Eden niż wiązanka nieprzyjemnych epitetów.
- Dziękuję za lekcję przyrody - odezwała się wreszcie, przerywając dobranockę o wodorostach, bo nie chciała zasnąć na mokrym piasku. - Spotkanie brzmi fantastycznie - wcale nie - niemniej obawiam się, że moje pomysły są stricte spontaniczne i objawiają się tylko na twój niespodziewany widok. Zaplanowane spotkanie przeciwdziałałoby mojej inwencji twórczej - Bo zabiłaby się zawczasu i martwa na pewno nic sensownego by nie wymyśliła. - Ale jeśli wpadnę na coś nowego, to z pewnością wyślę sowę. - Niekoniecznie swoją, może rozważy ewentualne anonimowe pogróżki?
W tym momencie martwiła się fałszywą przyjaźnią z Bottem najmniej, mimo wszystko. Wiedziała, że dzisiaj zostanie zbombardowana przez Millie masą niekomfortowych pytań, na które odpowiadać będzie z umiejętnością równą rozpłakanemu dziecku. Przygotowała się na spowiedź, może nawet na obcy sobie koncept pokuty, ale nie sądziła, że jedno i drugie nadejdzie symultanicznie. W końcu czym innym jeśli nie pokutą było wyznawanie swoich grzechów na oczach publiczności? Obnażanie uczuć, które wciąż były ziejącą, niegojącą się raną?
Wzruszyła pokrótce ramionami, ale nie chciała, by była to pełna odpowiedź na pytanie Mildred. Nie wiedziała, jak to ująć, by nie przenieść choćby krzty winy na nią; Eden zdawała sobie sprawę, że gdyby nie własny trudny charakter, większość ich starć i sprzeczek mogłaby zakończyć się rozejmem. Gdyby nie miała paskudnej obsesji na punkcie wygranej w każdej dziedzinie, bez względu na to, czy to zwycięstwo jej się należy, dziś nadal łączyłaby ich przyjaźń, nawet jeśli nie mogłaby dać jej swojej miłości.
- Mówili, że psychicznie nie czujesz się najlepiej - odezwała się wreszcie, acz dosyć cicho, przez co ledwo przebijała się ponad szumiące fale. - Mam już wystarczająco na sumieniu, nie chciałam mieć jeszcze ciebie. -
Nie umiała powiedzieć tego tak, żeby nie wprowadzić słuchaczy w dyskomfort. Mogłaby się uśmiechnąć i obrócić to w żart, ale ani nie brzmiało to jak żart, ani nie było to powodem do śmiechu. Nadal nie wiedziała, co przeszła w Lecznicy Millie - przynajmniej nie usłyszała jej wersji wydarzeń - a przecież przyszły tutaj odbudować spalone za sobą mosty. Czemu miałaby wzniecać kolejny pożar, kpiąc z jej ciężkich przeżyć?
Walczyła teraz, żeby skupić swoją uwagę na tym, co mówi Alastor. Obejrzała się nawet na tego dzieciaka, który rzekomo spadł z miotły - przyjęła to bez większej sensacji, widząc, że nikt nie podnosi rabanu, a więc będzie żył. Uśmiechnęła się, patrząc znowu na Alka, ale zrobiła w to bardzo nieprzyjemny dla oka sposób. Kąciki ust się uniosły, ale spojrzenie rozbiegło się jednocześnie po wszystkich i po nikim. Ewidentnie nie obchodziło ją swatanie małolatów.
- A propos bycia mile widzianym, nie wiem, czy taka radosna schadzka to miejsce dla mnie - podjęła kolejną próbę ucieczki, pokładając całą nadzieję w kontraście, który stanowi jej ponury charakter wobec reszty zgromadzonych. - Millie, jeśli wolisz się dziś bawić ze znajomymi, możemy porozmawiać innego dnia. Nie jestem zającem, nie ucieknę - zaprzeczyła, a dokładnie to próbowała zrobić. Mimo to wiedziała, że o ile może się wymknąć potańcówce, nie uniknie rozmowy z Mildred. Co najwyżej odroczy wyrok.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~