Wiedziała, że to wcale nie jest żart, bo nie wierzyła, że po tym, co zrobił w czerwcu, po półtorej miesiąca nagle było okej. Wątpiła, że to przepracował, bo nawet nie nawiązywał do tego tematu, a Victoria bardziej stawiała na to, że Sauriel udaje, że nic nie miało miejsca, że wcale jednego poranka nie siedział na ławce, czekając, aż spłonie. Dlatego teraz patrzyła na niego uważnie, ale na żart nie odpowiedziała. Jedynie lekko wygięła pełne wargi, zbliżywszy się do niego.
– Jakbym chciała cię spalić żywcem, to bym się nie bawiła w cudowanie ze składnikami, po prostu bym cię podpaliła – o, że to był żart, to akurat doskonale wiedziała, co i tak nie przeszkodziło jej odpowiedzieć i uśmiechnąć się kpiąco. Jakby chciała się go pozbyć, to miała ku temu mnóstwo innych i lepszych sposobów, niż mierzenie się z eliksirem własnego autorstwa, którego recepturę zmieniała już kilka razy.
– Ooo zobacz to też miałbyś co opowiadać. Tylko w tej historii nie byłoby smoka, a wściekła Victoria – zasłoniła usta pięścią i zachichotała, mrużąc oczy. – Słuchaj, jak przeze mnie stracisz majty, to kupie ci nowe, słowo – ale Anna pewnie faktycznie miałaby niezła minę. Jej jedyny syn wylazł gdzieś w środku dnia i wrócił bez majtek. Tak naprawdę to by go nie puściła bez gaci na dupie; coś by wymyślili, łącznie z zabraniem go do niej i na szybko skołowaniem jakich majcioch i spodni, żeby nie musiał się tak pokazywać rodzinie ani komukolwiek. – Nie znam. To jakieś mugolskie te? – bo Sauriel miał zadziwiającą wiedzę o mugolskich sprawach, historiach, książkach. Ogólnie aż dziw brał jak rozległą wiedzę ten mężczyzna posiadał i jak bardzo czasami pajacował, udając, że nie jest nawet w połowie tak inteligentny, jak faktycznie był.
– Mam w domu dwa koty, naprawdę myślisz, że jakieś myszy by się uchowały? – czyli, że nie testowała na żadnych myszkach. – Jesteś absolutnie pierwszym testerem, to nówka nieśmigana, rano przelana z kociołka – i co prawda mógłby ją zabić i to zagarnąć dla siebie, ale przecież nie miała ze sobą tutaj całego kociołka, ani dokładnego przepisu. Gdyby zadziałało, to jakby to odtworzył? Tak czy siak Victorii nawet przez myśl nie przeszło, że Rookwood miałby jej zrobić krzywdę dlatego, że robiła dla niego eliksir, by spełnić jego ciche marzenia. Ufała mu. Może to nieroztropne, był przecież wampirem i Śmierciożercą… i jednocześnie nigdy nie dał jej powodu, by czuła się przy nim zagrożona, wręcz przeciwnie – dbał przecież o nią (na swój sposób) i chyba tylko dzięki niemu nie rozkleiła się całkiem po ataku we śnie.
Obserwowała go uważnie, gdy już odkorkował fiolkę i wziął łyka. Skrzywienie nie uszło jej uwadze, przygryza nawet nieco zdenerwowana usta, gdy stwierdził, że chce mu się rzygać, a potem zrobił tę dziwną minę. I przysiadł na głazie.
Victoria poczuła zdenerwowanie, ale nie że złości, a z tego, że coś mu się najwyraźniej dzieje. Nie trwało długo, aż się do niego zbliżyła, gdy tak siedział na tym kamieniu, aż w końcu wydukał, że żyje, a ona delikatnie, ale zdecydowanie, przyłożyła swoją lodowatą dłoń do jego podbródka, by dać mu znać, żeby uniósł głowę. Musiała wiedzieć co się dzieje, nie tylko bazować na tym, co gadał, a czego nie – dlatego nachyliła się nad nim, odkładając na bok to, jak mocno musiała teraz naruszać jego strefę komfortu, ale chciała mu zajrzeć w oczy, zobaczyć, czy nic nie działo mu się z tęczówkami. Ale chyba nie?
– Otwórz buzię – poparzyło go? Zostawiło jakiś dziwny nalot? Musiała wiedzieć. – Jadłeś dzisiaj? Brałeś coś jeszcze? Muszę wiedzieć wszystko – bo chciała znać wszystkie zmienne, wszystko co mogłoby (choć wcale nie musiało) wpływać na działanie eliksiru.