Jej spojrzenie skakało po wszystkich przedstawianych i przedstawiających się osób. Celine zapowiadała niewielkie grono, ale jak to w życiu bywa — na przyjęciach przepływ ludności jest wzmożony. Dlatego oprócz rodziny, Urlett poznała także wiele innych nowych twarzy.
Twarze. Wraz z imionami zostawały wyryte w pamięci Urlett, zupełnie jak gdyby robiła im zdjęcia i podpisywała każde z nich. Agnes Delacour. Camille. Matthias. Lorien Crouch. Nie, Mulciber. I Robert Mulciber.
Uśmiech opadał na każdego, kto odpowiedział na jej zamaszyste słowa powitania. Zatrzymał się dłużej na Agnes, która obiecała jej chwilę czasu w bliżej nieokreślonej przyszłości. Urlett to zapamięta i być może wykorzysta okazję. Również do tego, by należycie się przywitać. Nowa koleżanka nie popełniła żadnego nietaktu przedstawiając Urlett tak, jak to zrobiła, ale czarownica wolałaby w pełni zaafiszować się swoim pochodzeniem przed Agnes.
— Nic dziwnego, jesteś wartościową osobą — odpowiedziała Celine, gdy zostały same. Niezwykle hojny komplement był w zamyśle Urlett bardzo pragmatyczny, ale przecież tylko ona patrzyła na to w ten sposób. Dla niej posiadanie różnych konkretnych zdolności wiązało się z odpowiedzialnością używania ich dla dobra ogółu. To zaś nie wynikało z altruizmu, lecz przekonania czarownicy, że istnienie nie ma sensu, ale skoro już jesteśmy, to żyjmy miło i przyjaźnie.
Po chwili i Celine opuściła pomieszczenie. Urlett zamknęła na moment oczy. Potrzebowała chwili, by przetrawić ogrom nowych informacji. Liczby, które padały w tle, ale tak łatwo wyłapywały je uszy naukowca.
To nieistotne, to nieistotne — powtarzała sobie. Wydech. Niemy świst. Niczym wąż.
W końcu także Urlett dołączyła do reszty towarzystwa.