Darowała sobie jakąkolwiek reakcje na stwierdzenie, jakoby jej kanapki miały wywoływać halucynacje lub coś podobnego. Przez chwilę co prawda cisnęło jej się na usta coś w stylu, że kiedy wreszcie Terry zgłodnieje, to z troski o jego zdrowie żadnej kanapki mu nie zaoferuje. W końcu nie chcieli, żeby również jego dopadły te całe halucynacje, prawda? Chodziło tutaj o ich zdrowie! O bezpieczeństwo. Jak na dobrą przyjaciółkę przystało, a taką przecież była, Penny troszczyła się o Trelawneya.
Pocierając rękoma swoje ramiona, starając się choć trochę rozgrzać, szykowała się na spacer. Na wizytę w miejscowości, o której krążyło tak wiele opowieści, że jeszcze kilka godzin temu naprawdę bardzo się cieszyła na samą myśl, że będzie mogła zobaczyć to wszystko na własne oczy.
- Odzywa się w Tobie Pan Maruda, niszczyciel dobrej zabawy, pogromca uśmiechów dzieci. - tak naprawdę to maruda odezwał się w tym momencie w Penny, ale była to reakcja na ten cały brak optymizmu, którym Terry wręcz śmierdział. I to śmierdział na dobry kilometr. Widziała, że nieszczególnie podobał mu się pomysł tego całego spaceru. Mimo tego nie chciała odpuszczać.
Chociaż może... chociaż może tym razem odpuścić powinna?
- Tylko czytałam książkę. - odpowiedziała, marszcząc przy tym brwi. Od książki przecież by jej się nie zrobiło tak zimno i nieprzyjemnie. Prawda? Nie słyszała jeszcze o takim przypadku. Nie to, żeby informacji o takich zdarzeniach kiedykolwiek szukała, no ale...
Wysłuchała wszystkiego, co Terry miał do powiedzenia. Jego sugestii. Możliwych rozwiązań. Najlepszych rozwiązań w obecnej sytuacji. W efekcie tego co usłyszała, zrobiło jej się trochę przykro. Bardzo przykro? Niewątpliwie, Weasley nie odebrała tego najlepiej. Tylko dlaczego nagle w ogóle się czymś tak bzdurnym przejęła?
- Jeśli nie chcesz pokazywać się ze mną w Little Hangleton, to przynajmniej powiedz mi to wprost. - wypaliła, starając się przy tym nie rozpłakać. Czuła, że niewiele jej do tego brakowało. Niby Terry zgodził się ją tutaj zabrać, ale teraz starał się ze wszystkiego wykręcić. I jeszcze przekonać, że to dla jej dobra powinni wrócić do domu. A ona tak bardzo nie chciała... nie chciała zostawać sama. - Taki z Ciebie przyjaciel. Już nawet Regina bywa milszy.
No i oczywiście stało się. Nadal czując, że jest jej zimno, nadal czując się źle, zaczęła na dokładkę płakać. Odwróciła się bokiem, tak żeby osłonić twarz włosami; tak żeby Terry zbyt wiele nie widział. Ale czy tego dało się nie widzieć? Nie zauważyć? Oczywiście, że nie. Rudej, stosunkowo dużej kupki nieszczęścia nie dało się w żadnym przypadku przeoczyć.
Podniosła rękę, ocierając łzy, które spływały po policzkach.
- Poradzę sobie sama. Nie musisz się mną przejmować. - rzuciła lekko łamiącym się głosem, choć w rzeczywistości nie czuła się na siłach. Nie czuła, żeby miała sobie poradzić sama z czymkolwiek. Nawet najprostszymi rzeczami. Sprawami. Nie dzisiaj i nie w tym momencie. Nawet trochę się tego bała. Zostania całkiem samej. Niewiele brakowało, żeby złapała Terry'ego za rękę i zaczęła prosić, żeby jej na taki samotny dzień nie skazywał. I tylko resztki dumy ją przed tym powstrzymywały. Dumy oraz tego typowego dla niej uporu.
Uporu iście oślego.