Prawdę powiedziawszy, to Stanley strasznie się mylił sądząc, że regularnie zamęcza ludzi różnymi pytaniami, żeby tylko udowodnić swoją wyższość i wzbudzić jakieś poczucie… że jest się nikim. Nie łaziła i nie zadawała pytań o te wszystkie przyrodnicze zagadnienia w zasadzie nikogo… Ani biednego Stanleya, od którego zażądała zeszyt tylko wtedy, gdy sam poprosił o pomoc nad ogórkami (i co, proszę jak wyrosły dorodnie!), ani Sauriela również. Zadawała mu pytania, a i owszem, ale dotyczące jego wampirze natury, chcąc uporządkować wiedzę i dzieląc się swoimi pokręconymi myślami i pomysłami, ale żeby go bombardować podchwytliwymi pytaniami? Niee… Nie bardzo.
– Ale Sauriel nie pracuje ani jako brygadzista, ani auror – naprawdę… To, że Sauriel wiedział, gdzie się Stachu podziewa, to była inna inszość i nie o to chodziło. – Słuchasz mnie, czy robisz to wybiórczo? Na New Forest był atak. Ś m i e r c i o ż e r c ó w. Byłam przy tym. Musiał mi pokazać tonę listów, jaką dostał tamtego dnia, wiesz, ile ja tego przewaliłam? Nie nakapował na ciebie, on nawet nie wie, że jesteś poszukiwany – bo skąd miał wiedzieć? Victoria nic nie mówiła, nie wynosiła rzeczy z pracy. – Po prostu widziałam twój list – a nie chciała, żeby przypadkiem przez taką głupotę wyszło, że ukrywa poszukiwanego. Nie wiedziała, gdzie siedzi, wiedziała, z kim ma kontakt, a teraz sama rozmawiała z nim w cztery oczy. To trzeba było rozgrywać ostrożnie i nie wyłożyć się na takiej głupocie jak przeczytany list zaadresowany do Laurenta. – Nie mówię, że to byłeś ty. Mówię tylko, że to wygląda podejrzanie i żebyś pilnował do kogo i kiedy wysyłasz listy, to wszystko – i aż złapała się pod boki, mierząc Stanleya wzrokiem.
Uśmiechnęła się naprawdę paskudnie złośliwie, kiedy zgodził się z nią, że śmierdziało. Dobrze. Miało cuchnąć. Nie ułatwiała mu tego, może nawet trochę celowo; ludzie często zapominali, że ta kobieta nie bez powodu, z całym swoim zestawem charakteru i łagodnością, mimo wszystko trafiła do Slytherinu nieprzypadkowo. I nieprzypadkowo odrobiiinkę się teraz wyzłośliwiała, ale to nie były wielce szkodliwe złośliwostki. Stanley zamknął za sobą drzwi do łazienki, ona zaczęła się bawić z koteczkiem i nagle… No pięć minut to nie minęło, najdalej minuta, drzwi się otworzyły i Stanley wyszczerzył się do niej.
Lestrange zamarła z piórkiem w dłoni i popatrzyła na niego niedowierzająco, wręcz spiorunowała go wzrokiem.
– Kusisz los, Borgin. Pięć minut. Albo sama ci je wyszoruje, chcesz? – była pewna, że nie chciał. Ale za to widziała, że zęby z czarnych zrobiły się… trochę bardziej szare. Więc coś tam zadziałało. To, co zrobiła, miało szansę całkowicie wyczyścić mu te zęby na błysk. Ale mówiąc, że sama mu je może wyszorować, przeturlała swoją różdżkę w palcach, jakby gotowała się do tego, już rozgrzewając palce, a kąciki ust lekko jej się uniosły. – Szoruj, bo mam do ciebie biznes.