25.07.2024, 23:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.08.2024, 23:06 przez Desmond Malfoy.)
Docenił niemal śliską czystość dłoni Baldwina, acz w jego oczach, mimo uśmiechu, dało się zauważyć cień pogardliwej protekcjonalności. Nie umknęła mu osobliwość perfum, którymi emanował kuzyn. Nie spodziewałby się po nim umiłowania do kwiatowych, typowo kobiecych zapachów, acz ich kiczowata ostrość przypominająca toaletowe odświeżacze powietrza w pewien sposób pasowała do niego, dopełniała jego dziwacznej aury.
Wzdrygnął się, gdy prychnięcie Baldwina nagle uderzyło go w uszy. Oderwał wzrok od chartów, żeby zmierzyć go chłodnym wzrokiem. Jego uwagę natychmiast przyciągnął idiotycznie przystrojony szczur, który siedział na jego ramieniu. Nie mógł zrozumieć, dlaczego wciąż trzymał go przy życiu po tylu latach; wszakże nie był już dzieckiem, żeby zyskiwał cokolwiek z posiadania pupila. Chciał jednak pozostać nieskazitelnie uprzejmym, dlatego starał się zignorować gryzonia i przejść do tego, co mogło pozytywnie wpłynąć na jego strategiczną pozycję w tej rozmowie.
– Oczywiście – odparł sucho, zaklęciem odsuwając krzesło dla kuzyna. Później, z cichym westchnieniem, przestawił butelkę rumu bliżej siebie i sam zasiadł do stołu. – Ale nie powinniśmy. Tak się. Śpieszyć. Przecież jesteśmy tutaj po. To. Żeby cieszyć się swoim towarzystwem jestem bardzo ciekawy jak życie ci płynie ostatnimi czasy.
Omijał kwestię tego, że sam zapadł się pod ziemię na niemal trzy miesiące. Przynajmniej nie musiał kłamać na temat swojej ciekawości, bo faktycznie intrygowało go, w jak absurdalne sytuacje Baldwin zdążył się wplątać przez ten czas. Co jak co, porzucenie dumy i jakiejkolwiek godności pozytywnie wpływało na różnorodność przeżyć.
Półświadomie odwlekał rozmowę o tym, o czym rzeczywiście zamierzał z nim porozmawiać. Gdy słał wczoraj do niego list, palący go teraz jak rozgrzane żelazo wstyd nie był jeszcze aż tak dotkliwy.
Spojrzał Baldwinowi w oczy, próbując przypomnieć sobie, że jest on ostatnią osobą, która mogłaby oceniać go za to, jaki tak naprawdę był. Przecież to właśnie on, na przestrzeni lat, mógł obserwować każdy etap tego, jak to wszystko w nim dojrzewało. Fakt, że mieli ze sobą niekomfortowo dużo wspólnego, przede wszystkim obrzydzał go, oczywiście, ale dawał mu też pewne poczucie bezpieczeństwa, którego nie był w stanie wynieść z żadnej innej relacji w swoim życiu, nawet tej z Oleandrem, który, cóż, posiadał zupełnie inny repertuar słabości i przywar.
– Zainteresowałeś się już może – Uśmiechnął się z bólem, nalewając ostrożnie herbaty do obu filiżanek. – Walką o naszą przyszłość o przyszłość naszej rasy czy dalej. Czy dalej szukasz. Uh. Sławy.
Wzdrygnął się, gdy prychnięcie Baldwina nagle uderzyło go w uszy. Oderwał wzrok od chartów, żeby zmierzyć go chłodnym wzrokiem. Jego uwagę natychmiast przyciągnął idiotycznie przystrojony szczur, który siedział na jego ramieniu. Nie mógł zrozumieć, dlaczego wciąż trzymał go przy życiu po tylu latach; wszakże nie był już dzieckiem, żeby zyskiwał cokolwiek z posiadania pupila. Chciał jednak pozostać nieskazitelnie uprzejmym, dlatego starał się zignorować gryzonia i przejść do tego, co mogło pozytywnie wpłynąć na jego strategiczną pozycję w tej rozmowie.
– Oczywiście – odparł sucho, zaklęciem odsuwając krzesło dla kuzyna. Później, z cichym westchnieniem, przestawił butelkę rumu bliżej siebie i sam zasiadł do stołu. – Ale nie powinniśmy. Tak się. Śpieszyć. Przecież jesteśmy tutaj po. To. Żeby cieszyć się swoim towarzystwem jestem bardzo ciekawy jak życie ci płynie ostatnimi czasy.
Omijał kwestię tego, że sam zapadł się pod ziemię na niemal trzy miesiące. Przynajmniej nie musiał kłamać na temat swojej ciekawości, bo faktycznie intrygowało go, w jak absurdalne sytuacje Baldwin zdążył się wplątać przez ten czas. Co jak co, porzucenie dumy i jakiejkolwiek godności pozytywnie wpływało na różnorodność przeżyć.
Półświadomie odwlekał rozmowę o tym, o czym rzeczywiście zamierzał z nim porozmawiać. Gdy słał wczoraj do niego list, palący go teraz jak rozgrzane żelazo wstyd nie był jeszcze aż tak dotkliwy.
Spojrzał Baldwinowi w oczy, próbując przypomnieć sobie, że jest on ostatnią osobą, która mogłaby oceniać go za to, jaki tak naprawdę był. Przecież to właśnie on, na przestrzeni lat, mógł obserwować każdy etap tego, jak to wszystko w nim dojrzewało. Fakt, że mieli ze sobą niekomfortowo dużo wspólnego, przede wszystkim obrzydzał go, oczywiście, ale dawał mu też pewne poczucie bezpieczeństwa, którego nie był w stanie wynieść z żadnej innej relacji w swoim życiu, nawet tej z Oleandrem, który, cóż, posiadał zupełnie inny repertuar słabości i przywar.
– Zainteresowałeś się już może – Uśmiechnął się z bólem, nalewając ostrożnie herbaty do obu filiżanek. – Walką o naszą przyszłość o przyszłość naszej rasy czy dalej. Czy dalej szukasz. Uh. Sławy.