Południowe stragany
- Dobra - powiedział od razu, chociaż normalne był cholernie uparty i nie chciał dostawać żadnych, nawet naprawdę przydatnych prezentów. - W takim razie jest moja. - Jak gdyby nigdy nic schował ją sobie do kieszeni, demaskując tym samym, że musiał mieć tam wszytą wsiąkiewkę. - Ale ja tych rzeczy tak naprawdę i tak nie chcę. Liczyłem na jakieś kompletne głupoty. Poza tym... nie chciałem być wredny - zupełnie jakby nie był dla niego ciągle paskudą... - ale kto kurwa zabiera kota na jakiś miejski jarmark...? Nie mogłeś zostawić go w rezerwacie, bo ktoś mu podpierdoli naszyjnik z pereł? - Mówiąc to z nieukrywaną ciekawością obejrzał jedną z wylosowanych butelek i zmarszczył brwi. Cmoknął ustami i odkręcił ją, po czym zmarszczył te brwi jeszcze mocniej. - Obczaj - rzucił, podsuwają mu butelkę pod nos. Eliksir nie pachniał absolutnie niczym. Ani wodą, ani jakimkolwiek maskującym składnikiem. Zupełnie jakby w środku nie znajdowało się nic. - Oni na serio rozdają eliksir prawdy na kiermaszu...? Kiedy on przestał być nielegalny? To musi być coś dla żartów. - Nie jemu był oceniać, czy te żarty były śmieszne. Na pewno nie z takim poczuciem humoru.
Nie wyłapał, kiedy napięcie pomiędzy ich dwójką zelżało. Na początku rozmawiali ze sobą tak, jakby oboje chodzili po rozżarzonych węglach, a teraz... wydawało mu się, że wszystko było pomiędzy nimi całkowicie normalne. I przez normalność miał też na myśli brak tego charakterystycznego ucisku w żołądku, kiedy Laurent zaproponował mu dalsze zwiedzanie tego mikro-sabatu. Rozpaliło to we Flynnie iskrę nadziei na to, że nie pomylił się w swoich osądach i naprawdę istniała jakaś szansa na zawarcie pomiędzy nimi nici porozumienia innej niż pożądanie tak silne, aby doprowadzać ich dwójkę do stanu obłąkania.
- Gdybyś nie spotkał się ze mną za tą sceną, to pewnie byłbym już w domu - przyznał wprost, chociaż normalnie nie zdradziłby tego, że to właśnie Laurent przedłużył jego pobyt w tym miejscu. I że chciał na tym koncercie zostać właśnie przez wzgląd na jego obecność. O tej całej śpiewaczce wiedział jedynie jakieś losowe bzdury. - Mogę ci go dalej nieść - zaproponował, chociaż nie nalegał, bo znów wylał z siebie tak dużo słów, żeby teraz poczuć potrzebę trzymania rąk w kieszeniach i opuszczania głowy w dół. Niestety w milczeniu przeszkodziło mu zadane pytanie. - Ja, cóż... przed chwilą się zrzygałem - przypomniał mu uprzejmie, sekundę później uśmiechając się do Sophie. Coś w jego uśmiechu mówiło jednak, że wcale taki wesoły nie był i Prewett powinien wyczuć od razu, jak blisko chlapnięcia czegoś skrajnie nieodpowiedzialnego znalazł się Crow. Mężczyzna napiął się w charakterystyczny dla siebie sposób - to była postawa przybierana na momenty przed starciem z czymś, co bardzo, ale to bardzo mu nie odpowiadało.
Jeżeli nie został powstrzymany jakim gestem, burknął niby to pod nosem, ale w rzeczywistości bardzo dla Sophie słyszalnie:
- Od kiedy Mulciberowie zajmują się robieniem alkoholu zamiast jebaniem mugolaków i sprzedawaniem kadzideł po zapluskwionych piwnicach Nokturnu? - Gdyby ta dziewczyna próbowała mu coś sprzedać albo flirtować z Laurentem intensywniej, będzie musiała zmierzyć się z tym, jak bardzo potrafił być agresywny.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.