Istniało tak wiele cech opisujących człowieka precyzyjnie, wskazując coś niczym punkt na tarczy. Istniało też sporo cech, które służyły tylko temu, by zachwiać stabilną konstrukcję zbudowaną z tych poprzednich. Nie każdy nosił w sobie to samo brzemię chaosu. Wiele zależało od prowadzonego życia, ale najwięcej od samego żyjącego. Brak ładu zawsze był traktowany jak coś złego, coś niewłaściwego, co należało naprawić. Jak można się domyślić - Esmé miał odmienne zdanie. Chaos bywał przydatny. Jak wiele ludzi wiedziało co chodziło mu po głowie? Jak wielu wiedziało do czego byłby zdolny, a do czego nie? Jak wiele ludzi mogłoby celnie dokończyć jego zdanie lub zgadnąć kolejny ruch? Niewielu? Może nawet nikt. I nie chodziło tutaj o to, że Rowle był taki wspaniale zagmatwany. Nie. Nie tkwiła w tym żadna niezwykła mądrość, ani spryt. Zwykły chaos, do którego kaletnik żywił małe zamiłowanie, oddając mu cząstkę swego życia, a w zamian będąc... trudnym w opisaniu.
Chaos Geraldine był zupełnie innej natury. Nie był chaosem dla chaosu - prowokacją, jaką uskuteczniał rzemieślnik. U łowczyni wiązał się on bezpośrednio z życiem jakie prowadziła. Tak uważał Esmé, opisując siebie jako "niestabilnego", a ją jako "stabilną". Ten chaos dało się przewidzieć. Może nie do czego doprowadzi, ale kiedy się wydarzy. Ten nieład, niepasujący element, zaburzający stabilną konstrukcję jej charakteru. Fakt, wciąż nie znał jej doskonale, chociaż znał smak jej ust i zapach jej włosów. Znał wiele rzeczy o niej, ale jednocześnie tak mało. Nie byłby sobą, bez swojej arogancji. Mimo wszystko uważał, że chociaż jej nie zna dokładnie, to ma pojęcie jaką osobą jest. Gdzie mniej-więcej jest jej linia, którą wyznacza poprzez swoje cechy charakteru.
Nieśmiałość w jej głosie była tym, co można byłoby nazwać chaosem, gdyby było umyślne. Prowokacją go tak, jak mógłby to zrobić Esmé - brzmiąc w ten sposób dla żartu, dla sprawdzenia reakcji. Geraldine nie brakowało poczucia humoru, ale miała do niego znacznie lepsze wyczucie, niż sam kaletnik. Wciąż - może nie idealne, bo oboje byli nieco... kalecy społecznie. Utykający w kwestii tego co wypada, a co nie. W tym konkursie Ger wygrywała bardziej na "kiedy" niż "co wypada", chociaż i na tamtym polu zwyciężała z ekscentrycznym rzemieślnikiem. Tak czy inaczej - Rowle w całej swej arogancji natychmiast założył, że nieśmiałość nie jest chaosem, a zwyczajną nieśmiałością. Lubił strzelać, lubił zgadywać, lubił dedukować i zakładać pewne scenariusze. Taki hazard, ale którym było codzienne życie. Mógł mieć rację albo się mylić. Czym to było, jeżeli nie hazardem? Mógł zyskać i mógł przegrać. Ale grał, bo bez tego nikt nie wygrywał. Nawet jeżeli w jego przypadku chodziło głównie o miłość do tej gry.
- Wyglądasz tak źle, jak może wyglądać rozgwieżdżone niebo oszpecone samotnym piorunem. - rzucił właściwie nie patrząc w tym momencie na nią, zmierzając do miski. Prychnął cichutko, co było bardziej zauważalne po jego ramionach, które delikatnie podskoczyły, niż słyszalne. - Zawszony poeta się znalazł. - mruknął do siebie pod nosem i westchnął. - W dwóch słowach - wciąż zachwycająco. - jak zwykle nieprecyzyjnie wytłumaczył swoją myśl. Może i chodziło, że nieważne co, to Geraldine wygląda pięknie, ale... czy tak wybrzmiało? Tutaj przemawiał ten chaos - mógł przecież powiedzieć wprost, ale wolał specjalnie użyć dosyć żenującej metafory. Tylko po to, by wybrzmiało to inaczej, by nie było takie oczywiste, by sprowokować chaos. - Brzmisz na chorą. - dodał, odwracając się do niej po umyciu rąk. Chaos chaosem, ale niektóre elementy nawet jeżeli miały być niespodziewane, to dało się ich spodziewać. Tak jak to, że Rowle tej myśli również nie rozwinie. Tym razem nie był to zabieg dla zabiegu, a rzeczywiste przekonanie, że to oczywiste o co mu chodziło. Czemu zabrzmiała tak właśnie? Czemu z miejsca, z progu? Nie byłoby to tak zauważalne, gdyby nie jej emanujący pewnością siebie głos i krok. Pierwszy raz do jego pracowni weszła trzaskając drzwiami, prawdopodobnie nawet z buta, by przywitać się wyraźnie, a następnie skierować do lady krokiem tak pewnym, że Esmé, gdyby miał kapkę więcej instynktu samozachowawczego, pewnie uznałby to za napad. Czy zatem tak dziwnym było, że od razu coś mu nie grało? Pewnie nie, bo widywał ją też w innych sytuacjach. Trudnych, niewygodnych, wstydliwych i niezręcznych. Wiedział mniej-więcej jak się zachowuje. Takie wejście nie pasowało do Geraldine. Tak po prostu.Dym zagościł w jego płucach, przypominając mu, że uzależnieniem większym od papierosów jest dla niego samo rzemiosło. Tak zajął się torbą, że zupełnie zapomniał, aby nakarmić drzemiącego w nim diabła nikotyną. Teraz poczuł jak jego ciało się rozluźnia, umysł zaczyna zwalniać, oczy przestają być tak wytężone, a ruchy stają się płynniejsze. Zupełnie jakby wybudzał się z pewnego stanu, w którym tkwił. A tkwił, bo to nie pierwszy raz. Najdrobniejsze zlecenia brał poważnie, zatem każdemu oddawał tyle samo uwagi, przykładał do wykonania tak samo wiele skupienia. Czyli bardzo wiele. Jedną z ostatnich rzeczy, którą można było zarzucić jego rzemiosłu, to niedbałość. W ten sposób spędzał czasami długie godziny, a gdy kończył, to łapał się na tym, że jego umysł wciąż pracował na najwyższych obrotach. Jakby teraz świat odbierał tak, jak rzemiosło - skupiając się na detalu, będąc precyzyjnym w każdym, najdrobniejszym ruchu, będąc przesadnie analitycznym wobec wszystkiego, co zauważy. Papierosy pomagały mu szybko wyjść z tego transu. Chwała truciźnie, gdy bywa lekarstwem.
Zaśmiał się cicho, ledwo słyszalnie w odpowiedzi na jej słowa. Wiedział, że potrafiła odbijać piłeczkę, ale rzadko pierwsza zaczynała. Jak na pierwsze razy - zrobiła to bardzo zręcznie, na co Esmé pokiwał z uznaniem głową. Ale też zwyczajnie zgadzając się ze słowami łowczyni.
- Masz mnie. - uniósł nawet dłonie do góry, jakby został złapany za rękę podczas prób nekromancji. - Jesteś moim ulubionym Yaxleyem, właściwie bezkonkurencyjnie. - dodał, opuszczając dłonie i wyciągając szluga z ust. Rozejrzał się po pomieszczeniu, starając się namierzyć popielniczkę - tę co zawsze, z czaszki tycigryfka. Chwilę pokręcił się, nim w końcu postawił ją na ladzie. - Ale w żadnym wypadku atrakcją. - nieco potknął się w tej wypowiedzi, jakby w pół słowa zdał sobie sprawę jak to zabrzmi. Ale i tak się zatrzymał, posyłając jej... nijakie spojrzenie. Swój specjał. Chaos, ponownie, robił to tylko dla zamieszania. - Nie służysz jedynie ku mojej uciesze, nie mów tak o sobie. - rozumiał że był to jedynie żart, który przecież mógłby przemilczeć, bo rozumiał o co jej chodziło. Ale nie czuł się wygodnie, pozwalając jej na nazwanie siebie "jego ulubioną atrakcją". Brzmiało to... bardzo umniejszająco wobec tego, kim dla niego naprawdę była. I nie był tutaj urażony - ani z jednej, ani z drugiej strony. Wolał jednak to sprostować, wracając do ubóstwianej przez niego Prawdy, szczerości wobec tego, jaką osobą był. I jakie wartości wyznaje, bo... łatwo było zatrzeć to, kim się było, tańcząc tak regularnie z chaosem. Banalnie było stać się karykaturą siebie i innych, ale nikim konkretnym. Rowle nieświadomie tego unikał, będąc bardzo, bardzo oddany własnym zasadom i ideom.- Jednak żeby nie było niejasności - w Windermere bawiłem się doskonale. - dodał, strzepując popiół do popielniczki, by na końcu skierować swe ciemne oczy na nią, nie robiąc niby żadnej miny, a dałoby się przysiąc, że się skurczybyk uśmiecha głupkowato. Ponownie - to tylko zabawa, bo nie miał na myśli tego, co przychodziło na nią od razu, cofając się wspomnieniami do ich wspólnego wypadu. Trochę fizycznej miłości zawsze podnosiło ocenę, jednak tutaj bardziej chodziło mu o całokształt. Wraz z seksem, ale nie skupiając się na nim. W końcu wydarzyło się tyle rzeczy, które dla Rowle były nowe - walka, zaglądanie śmierci w oczy, podwodny świat, śledztwo, wspólne wieczory i nawet poranki, a także wiele, wiele innych wspomnień, które przypominały kaletnikowi, że i w nim są emocje, i jego życie potrafi być nimi wypełnione. Nawet jeżeli od powrotu wydawało się, jakby pewien czar prysł. Jakby coś się zmieniło we wszechświecie, zmieniając rzeczywistość na... zwyczajnie gorszą. Bardziej szara, bardziej jałową, bezsmakową, nijaką jak spojrzenie samego Esmé zazwyczaj.
- Stęskniłaś się? - zapytał, pociągając ponownie dym. - A może mój ulubiony Yaxley ma dla mnie jakieś zlecenie? - zapytał lekko, na tyle lekko, że i bez mimiki jasnym było, że to zwyczajne zagajenie rozmowy, by zrozumieć przyczynę tej wizyty, ale żeby nie zabrzmiało to tak, że ma coś przeciwko. Bo zdecydowanie nie miał, oj nie. Nie teraz, gdy kilka razy nawet nie wczoraj, ale dzisiaj był przekonany, że Geraldine przechodziła właśnie przed jego pracownią, by spoglądając za nią odkryć, że to wcale nie ona. Tak, jakby jego umysł próbował ją zauważyć, na siłę.