26.07.2024, 08:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.07.2024, 08:53 przez Lorien Mulciber.)
Lorien weszła do środka, dopiero słysząc głos pasierbicy.
Rozejrzała się po pokoju, mniej jak wielki inspektor porządku i czystości, bardziej jak ktoś kto jest pod sporym wrażeniem.
Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Stwierdziła w myślach, niemal rozbawiona tym nienagannym stanem pokoju. Żadnych stert butelek i oprzyrządowania do bimbru? Robert był taki sam.
Machnęła lekko różdżką w stronę zasłon, rozsuwając je i wpuszczając do środka resztki światła. Kolejne machnięcie i zapaliła się lampka na stoliku nocnym Sophie.
- Spałaś?
Przysiadła na łóżku; ostrożnie wygładziła kołdrę jakby nie była do końca pewna jak podejść do rozmowy. Dlatego uznała, że chyba najlepiej będzie zacząć od prezentu. Ot takiego bez okazji. To akurat Lorien się zdarzało całkiem często.
- Mam coś dla ciebie.- Powiedziała z uśmiechem. Ułożyła jej pakunek na kolanach. Jeśli Sophie przyjrzała się opakowaniu mogła dostrzec, że na papierze nie było żadnego tłoczenia, a sam prezent wydawał się być wyjątkowo… miękki? I dość ciężki. Owinięty złotą wstążką.
Pozwoliła sobie snuć opowieść, kiedy Sophie zajęła się rozpakowywaniem.
- Kiedy byłam w twoim wieku, może nawet trochę młodsza, mia mamma bardzo się starała, żebym znalazła sobie jakieś bardziej… kobiece zajęcie.- Bo picie na hejnał o piątej siedemnaście każdego piątego dnia miesiąca nie było czymś co uchodziło damie.- Najpierw była kaligrafia, potem szydełkowanie, a na koniec szycie.- Zrobiła minę jakby przypomniała sobie najgorsze wojenne czasy. Lorien i jej historie o robótkach ręcznych to był materiał na całkiem niezłą powieść grozy. Na szczęście Adeline Prewett na nauce szycia zakończyła uznając swoje dziecko za kompletne beztalencie.
- Wiesz jaka była jedyna rzecz jaką kiedykolwiek zrobiłam? Sukienka dla naszej skrzatki. Z jedwabnej poszewki na poduszkę. Miała ogromne falbany i bardzo gustowną kokardę.- Pokręciła ze śmiechem głową.- Do dzisiaj w niej chodzi.
Jeśli w tym czasie Sophie zdążyła się dostać do wnętrza pakunku odkryła, że w środku było kilka jardów materiału. Welur mieniący się odcieniami głębokich zieleni, zdobiony precyzyjnym haftem. Złotą nicią wyszyto kwiaty i liście laurowe.
- Opowiadałam jej kiedyś o tobie. Mojej matce, nie skrzatce.- Doprecyzowała, patrząc na materiał. Pamiętała go aż zbyt dobrze. Mieli z niej uszyć jej pierwszą sukienkę na zaręczyny, a potem... Lorien otrząsnęła się z parszywych wspomnień.- Ponoć sprzątała na strychu i znalazła całą skrzynię materiałów i koronek i… przypomniała sobie, że lubisz szyć. Jeśli chcesz mogę cię tam zabrać, wybierzesz sobie co będziesz chciała.
Rozejrzała się po pokoju, mniej jak wielki inspektor porządku i czystości, bardziej jak ktoś kto jest pod sporym wrażeniem.
Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Stwierdziła w myślach, niemal rozbawiona tym nienagannym stanem pokoju. Żadnych stert butelek i oprzyrządowania do bimbru? Robert był taki sam.
Machnęła lekko różdżką w stronę zasłon, rozsuwając je i wpuszczając do środka resztki światła. Kolejne machnięcie i zapaliła się lampka na stoliku nocnym Sophie.
- Spałaś?
Przysiadła na łóżku; ostrożnie wygładziła kołdrę jakby nie była do końca pewna jak podejść do rozmowy. Dlatego uznała, że chyba najlepiej będzie zacząć od prezentu. Ot takiego bez okazji. To akurat Lorien się zdarzało całkiem często.
- Mam coś dla ciebie.- Powiedziała z uśmiechem. Ułożyła jej pakunek na kolanach. Jeśli Sophie przyjrzała się opakowaniu mogła dostrzec, że na papierze nie było żadnego tłoczenia, a sam prezent wydawał się być wyjątkowo… miękki? I dość ciężki. Owinięty złotą wstążką.
Pozwoliła sobie snuć opowieść, kiedy Sophie zajęła się rozpakowywaniem.
- Kiedy byłam w twoim wieku, może nawet trochę młodsza, mia mamma bardzo się starała, żebym znalazła sobie jakieś bardziej… kobiece zajęcie.- Bo picie na hejnał o piątej siedemnaście każdego piątego dnia miesiąca nie było czymś co uchodziło damie.- Najpierw była kaligrafia, potem szydełkowanie, a na koniec szycie.- Zrobiła minę jakby przypomniała sobie najgorsze wojenne czasy. Lorien i jej historie o robótkach ręcznych to był materiał na całkiem niezłą powieść grozy. Na szczęście Adeline Prewett na nauce szycia zakończyła uznając swoje dziecko za kompletne beztalencie.
- Wiesz jaka była jedyna rzecz jaką kiedykolwiek zrobiłam? Sukienka dla naszej skrzatki. Z jedwabnej poszewki na poduszkę. Miała ogromne falbany i bardzo gustowną kokardę.- Pokręciła ze śmiechem głową.- Do dzisiaj w niej chodzi.
Jeśli w tym czasie Sophie zdążyła się dostać do wnętrza pakunku odkryła, że w środku było kilka jardów materiału. Welur mieniący się odcieniami głębokich zieleni, zdobiony precyzyjnym haftem. Złotą nicią wyszyto kwiaty i liście laurowe.
- Opowiadałam jej kiedyś o tobie. Mojej matce, nie skrzatce.- Doprecyzowała, patrząc na materiał. Pamiętała go aż zbyt dobrze. Mieli z niej uszyć jej pierwszą sukienkę na zaręczyny, a potem... Lorien otrząsnęła się z parszywych wspomnień.- Ponoć sprzątała na strychu i znalazła całą skrzynię materiałów i koronek i… przypomniała sobie, że lubisz szyć. Jeśli chcesz mogę cię tam zabrać, wybierzesz sobie co będziesz chciała.