Nie chciał być wredny... cóż, przy ostatnim niepozbieraniu myśli i emocji prawdopodobnie był jedną z osób, które nie powinny wytykać chaosu głowy Fleamonta i niemożności ogarnięcia jego akcji i reakcji. W jednej chwili się do ciebie słodko uśmiechnie, w drugiej nakazuje ci spierdalać, a ty się musisz domyśleć, o co mu chodzi, bo nie jest skłonny do tego, żeby to wyjaśnić. Czy teraz było lepiej, niż na początku tego spotkania? Chyba tak. Skoro nie było negatywnych odczuć to znaczy, że jest lepiej. Albo właśnie nie. Bo skoro już niema nawet odczuć negatywnych, a te pozytywne się nie pojawiają, to tak naprawdę jest gorzej. Związki międzyludzkie rozpadały się, kiedy już niczego między nimi nie było. Myśli Laurenta nawet nie muskały tego tematu. Ta sytuacja nie była zero-jedynkowa, a całe święto żniw było wykańczająco męczące. Włącznie z przejażdżką, jaką zaoferował Flynn.
- Nie mogłem, ponieważ żeby kogoś gdzieś zostawić to najpierw musi się znaleźć w tym miejscu. - Jego powóz z abraksanem czekał na powrót do domu, a on jeszcze chciał zajrzeć do Florence, Atreusa i Oriona. Długi, bardzo długi wieczór. - Wziąłem Divę tutaj, od schroniska Figgów. Była jednym z dręczonych zaklęciami kotem.- Przez dzieci, albo i nie przez dzieci - była męczona. Zastanawiał się, czy przecież ktoś nie weźmie takiej piękności, ale, no właśnie - była piękna. I przede wszystkim było mu jej szkoda. Pochylił się nad buteleczką i w pierwszej chwili zmarszczył brwi. W drugiej dotarło do niego, co Flynn trzyma i obejrzał się ze zdziwieniem i grozą na loterię. - Co oni dodają do tych losów... - Czy Laurent miał zaufanie, że ta zawartość nie znajdzie się w jego pobliżu? Ha... procent zaufania do Flynna był bardzo chwiejny. Z jednej strony za duży, a potem okazywało się, że potrafił się diametralnie skurczyć w jednej chwili. - Mam nadzieję, że to był jakiś unikat... - I że połowa tutejszych czarodziei nie będzie teraz z nim chodzić w kieszeni.
- Dobry chłopiec. - Wyciągnął dłoń do jego głowy i czule go pogłaskał po tych brudnych kudłach. Z łagodnym uśmiechem. To, że mężczyzna przed nim zdawał się starszy od niego wyglądowo jakoś traciło na znaczeniu w tym rozrachunku. To było lekko żartobliwe z jego strony. Tak też chwalił swojego psa albo hipogryfy, kiedy były grzeczne i słuchały - w tym kierunku żartobliwe. Bo co w zasadzie miał powiedzieć na to, że został tutaj... dla niego? Przez niego? Nawet nie wiedział, w którą stronę to skręcało. Jakiejś durnej litości czy może potrzeby pokręcenia się w jego towarzystwie z jakiegoś powodu. - Bardzo chętnie skorzystam z twoich silnych ramion. - Wystawił w jego kierunku koszyk z Divą, obracając się w kierunku uroczej dziewczyny, która obsługiwała stoisko. Uśmiechnął się teraz do niej - ciepło i sympatycznie - ale pokręcił głową odmawiająco w jej kierunku. - Wiem. Ciężko o tym zapomnieć. - Ale zeżarł czekoladki i nic mu nie było, a czasami shot po zatruciu alkoholem wcale nie bywał głupi. Czasami. Laurent był mocno skonfundowany stanem Flynna, ale nie chciał na to naciskać. To powiedział do Fleamonta, rzecz jasna. - Innym razem, madame. Dziękuję za zaproszenie. - A to już powiedział do samej Sophie, kiedy mijali stoisko, idąc w stronę stoiska Kosmetyków Pottera. - Może od tego samego momentu, w którym niedoszły dziedzic Prewettów zajął się kurwami. - Żeby nie powiedzieć "kurwieniem się", bo to miał na myśli, ale złe ujęcie słowa było tu celowe. - Chyba nie wszyscy muszą chodzić tymi samymi drogami. Mówiłeś, jak nie lubisz tych granic, więc czemu znów sam je budujesz? - Granic, w których wszystko i wszyscy mieli swoje miejsce.