27.07.2024, 02:39 ✶
— Zależy od tego, za jak bardzo wolnego od grzechu byś się uważał. Gdybyś przy okazji obwołał się też czempionem bogini Matki i jej prorokiem, to obawiam się, że doszłoby do rozłamu w kowenie — zaczął wyjaśniać Sebastian najbardziej znudzonym tonem, na jaki było go stać, jakby od dawna miał już rozplanowany w głowie cały scenariusz. — Na początek wypięliby się na mnie osobiście, bo sprowadziłem przed ich oblicze takiego bluźniercę, a potem pojawiłaby się frakcja, która byłaby skłonna ci uwierzyć. Może zażyczyliby sobie, abyś przeszedł jakąś próbę? W tym samym czasie wroga część kapłanów i kapłanek zaczęłaby szukać na ciebie brudów, aby tylko znaleźć jakiś grzeszek, który mógłby cię pogrążyć.
Oczywiście, zawsze mogliby cię też wysłać do Lecznicy Dusz w Dolinie Godryka, pomyślał przelotnie egzorcysta, nie wspominając jednak o tej możliwości. Gdyby nie konflikt, który rozszarpywał Wielką Brytanię od środka, może faktycznie byłaby to względnie ''bezpieczna'' opcja, ale teraz trudno było założyć, że jakakolwiek decyzja przewodników i pasterzy kowenu okaże się sensowna. Nawet kapłani targały emocje związane z minionymi sabatami i trudnymi wydarzeniami z nimi związanymi.
— Nic nie zrobiłem — stwierdził zaskoczony, gdy Isaac skierował do niego komplement. — Po prostu ją pozdrowiłem, to jak życzenie miłego dnia. — Miał dodać coś więcej, jednak wówczas zerknął kątem oka na swojego towarzysza. Westchnął wymownie i szarpnął go za ramię, co by przestał gapić się na mugolską kobietę. — I ty niby aspirujesz na świętego?
Pokręcił powoli głową, przysłuchując się jednak słowom swojego towarzysza.
— Nie zgodziłbym się w pełni z tym stwierdzeniem — rzucił, gdy poruszyli temat sprawczości w kontekście historii i przemian społecznych we współczesnym świecie. — Mamy wolność wyboru, ale osobiście wychodzę z założenia, że nasze ścieżki są już wydeptane. Bogowie również mają jakąś agendę, być może dla nas niemożliwą do zrozumienia, ale do czegoś dążą. Czy to dbają o zachowanie równowagi sił na tym świecie, czy też coś bardziej metafizycznego... Tego powiedzieć nie potrafię, ale nie podejmujemy decyzji wbrew woli sił wyższych, a pomimo niej. Walczymy z żywiołem. Może to, że czasem udaje się coś zmienić, to po prostu kwestia tego, że akurat ocean jest spokojny.
A nawet gdyby spojrzeć na to z drugiej strony: nawet w centrum katastrofy znajdzie się oko cyklonu odseparowane od piekła na zewnątrz. Tak zapewne noc Beltane postrzegali czarodzieje i czarownice, którzy walczyli na Polanie Ognisk. Podczas gdy rozsiani po lesie ranni nie mogli za bardzo nic zrobić, pracownicy Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów walczyli z czarnoksiężnikami, próbując sobie wywalczyć jakąś przewagę, zmienić bieg wydarzeń i zapobiec katastrofie. A czy faktycznie udało im się tego dokonać? Sebastian potrząsnął głową, nie chcąc w tej chwili tego roztrząsać. Wystarczy, że ilekroć widział jakiegoś Brygadzistę lub Aurora to sobie o tym przypominał.
— Cóż, mój ojciec również jest kapłanem — skomentował takim tonem, jakby to wszystko wyjaśniało. Bądź co bądź, w oczach Macmillana tak właśnie było. Skoro był tu pomimo tego, że stary Courtland Macmillan sprawował wysoką funkcję w strukturach kowenu, to dosyć jasno świadczyło to o tym, jaki pogląd na te sprawy mieli arcykapłani i arcykapłanki. — Więc tak, możemy wchodzić w związki i zakładać rodziny. Oczywiście, najlepiej jest, gdy robi się to z głową. Podejrzewam, że nawet ostatnia arcykapłanka zaczęłaby marszczyć brwi, gdyby kapłan miał na koncie kilka małżeństw i rozwodów.
Sebastian trzymał się od związków z daleka i robił to z własnej nieprzymuszonej woli. Nie czuł potrzeby wychodzenia ze swojej strefy komfortu, która z założenia trzymała go z dala od tłumów, obcych ludzi i osób, które były nadmiernie pobudzone i spragnione wrażenie. Nie szukał przygód ani rozkapryszonych osobowości. Praca zapewniała mu aż nadto wrażeń, zwłaszcza w ostatnich miesiącach, bo Brenna Longbottom w zestawie z Patrickiem Stewardem zaczęli robić sobie z jego kanciapy w Ministerstwie Magii miejsce spotkań i zebrań. Po wyjściu z pracy szukał spokoju, a to zapewniały mu osobiste badania i współpraca z kowenem. Poza tym nie wyobrażał się zbytnio w roli partnera czy rodzica. Przynajmniej nie na tym etapie życia.
— Ha — odezwał się, a uniesiony minimalnie ton głosu mógł równie dobrze sugerować ekscytację, co i znużenie. — Cóż, miło mi.
Oczywiście, zawsze mogliby cię też wysłać do Lecznicy Dusz w Dolinie Godryka, pomyślał przelotnie egzorcysta, nie wspominając jednak o tej możliwości. Gdyby nie konflikt, który rozszarpywał Wielką Brytanię od środka, może faktycznie byłaby to względnie ''bezpieczna'' opcja, ale teraz trudno było założyć, że jakakolwiek decyzja przewodników i pasterzy kowenu okaże się sensowna. Nawet kapłani targały emocje związane z minionymi sabatami i trudnymi wydarzeniami z nimi związanymi.
— Nic nie zrobiłem — stwierdził zaskoczony, gdy Isaac skierował do niego komplement. — Po prostu ją pozdrowiłem, to jak życzenie miłego dnia. — Miał dodać coś więcej, jednak wówczas zerknął kątem oka na swojego towarzysza. Westchnął wymownie i szarpnął go za ramię, co by przestał gapić się na mugolską kobietę. — I ty niby aspirujesz na świętego?
Pokręcił powoli głową, przysłuchując się jednak słowom swojego towarzysza.
— Nie zgodziłbym się w pełni z tym stwierdzeniem — rzucił, gdy poruszyli temat sprawczości w kontekście historii i przemian społecznych we współczesnym świecie. — Mamy wolność wyboru, ale osobiście wychodzę z założenia, że nasze ścieżki są już wydeptane. Bogowie również mają jakąś agendę, być może dla nas niemożliwą do zrozumienia, ale do czegoś dążą. Czy to dbają o zachowanie równowagi sił na tym świecie, czy też coś bardziej metafizycznego... Tego powiedzieć nie potrafię, ale nie podejmujemy decyzji wbrew woli sił wyższych, a pomimo niej. Walczymy z żywiołem. Może to, że czasem udaje się coś zmienić, to po prostu kwestia tego, że akurat ocean jest spokojny.
A nawet gdyby spojrzeć na to z drugiej strony: nawet w centrum katastrofy znajdzie się oko cyklonu odseparowane od piekła na zewnątrz. Tak zapewne noc Beltane postrzegali czarodzieje i czarownice, którzy walczyli na Polanie Ognisk. Podczas gdy rozsiani po lesie ranni nie mogli za bardzo nic zrobić, pracownicy Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów walczyli z czarnoksiężnikami, próbując sobie wywalczyć jakąś przewagę, zmienić bieg wydarzeń i zapobiec katastrofie. A czy faktycznie udało im się tego dokonać? Sebastian potrząsnął głową, nie chcąc w tej chwili tego roztrząsać. Wystarczy, że ilekroć widział jakiegoś Brygadzistę lub Aurora to sobie o tym przypominał.
— Cóż, mój ojciec również jest kapłanem — skomentował takim tonem, jakby to wszystko wyjaśniało. Bądź co bądź, w oczach Macmillana tak właśnie było. Skoro był tu pomimo tego, że stary Courtland Macmillan sprawował wysoką funkcję w strukturach kowenu, to dosyć jasno świadczyło to o tym, jaki pogląd na te sprawy mieli arcykapłani i arcykapłanki. — Więc tak, możemy wchodzić w związki i zakładać rodziny. Oczywiście, najlepiej jest, gdy robi się to z głową. Podejrzewam, że nawet ostatnia arcykapłanka zaczęłaby marszczyć brwi, gdyby kapłan miał na koncie kilka małżeństw i rozwodów.
Sebastian trzymał się od związków z daleka i robił to z własnej nieprzymuszonej woli. Nie czuł potrzeby wychodzenia ze swojej strefy komfortu, która z założenia trzymała go z dala od tłumów, obcych ludzi i osób, które były nadmiernie pobudzone i spragnione wrażenie. Nie szukał przygód ani rozkapryszonych osobowości. Praca zapewniała mu aż nadto wrażeń, zwłaszcza w ostatnich miesiącach, bo Brenna Longbottom w zestawie z Patrickiem Stewardem zaczęli robić sobie z jego kanciapy w Ministerstwie Magii miejsce spotkań i zebrań. Po wyjściu z pracy szukał spokoju, a to zapewniały mu osobiste badania i współpraca z kowenem. Poza tym nie wyobrażał się zbytnio w roli partnera czy rodzica. Przynajmniej nie na tym etapie życia.
— Ha — odezwał się, a uniesiony minimalnie ton głosu mógł równie dobrze sugerować ekscytację, co i znużenie. — Cóż, miło mi.