27.07.2024, 12:44 ✶
Wraca z balkonu, stoi pod ścianą z Eden, sącząc wino i obserwując salon
Sztorm miał to do siebie, że przychodził i odchodził, wzbudzał zamęt, niósł śmierć, a potem nagle cisza pośród morskiej toni zdawała się nienaturalną oczywistością, jakby biały szkwał nigdy nie pożerał łapczywie swoich ofiar. U gruntu, wewnątrz oceanu woda była niezmiennie spokojna, a gniew i zazdrość, która szarpnęła duszą Anthony'ego przy stole pokerowym, odeszła teraz w niepamięć, wraz z wypalonym papierosem i rozmową przeprowadzoną z Urlette. Kobieta ciekawiła go, chociaż nie w sposób, jaki pewnie by tego oczekiwała. Traktował ją raczej jako ciekawy eksponat, pozytywkę, czy może katarynkę, która w swoim zepsuciu była trudna do wyłączenia. Spotkanie jednak było na tyle rozrywkowe i na tyle odwracające uwagę, że finalnie mógł spełnić prośbę Lorraine, finalnie mógł wziąć dwa kieliszki i jeden z nich wsunąć w długie palce Eden stając u jej boku i maczając samemu wargi w winie zaproponowanym tego wieczoru przez gospodynię całego przedsięwzięcia.
– Nie bawisz się dobrze. – Francuski wybrzmiał miękko, z bezbłędnym akcentem tak, jakby nie tylko wino, a sam Shafiq urodził się pośród krzewów obrastających prowansalskie południowe zbocza. On sam stwierdził, nie zapytał, nie patrzył na nią przy tym, ale razem z nią, obserwował ludzi, poszum rozmów, które przepływały przez uszy nie pozostawiając po sobie śladu głębszej myśli. – Oddałaś żetony, rezygnujesz z gry do końca wieczoru, czy mogę zaoferować Ci pożyczkę? U mnie wyjdziesz na tym lepiej niż u tego lichwiarza. – Wskazał głową na stolik gryzipiórka, który był teraz nader popularną osobą. – Co sądzisz o Aryamanie? Warto inwestować w tę znajomość?– zapytał miękko, jakby już była jego doradcą, wciąż pozostając Atheną o przenikliwym umyśle, tą która wyskoczyła z głowy swojego ojca. Lepszy temat niż kanclerz leżący u progu apartamentu noszącego znajome im imię. Zdecydowanie lepszy.
– Nie bawisz się dobrze. – Francuski wybrzmiał miękko, z bezbłędnym akcentem tak, jakby nie tylko wino, a sam Shafiq urodził się pośród krzewów obrastających prowansalskie południowe zbocza. On sam stwierdził, nie zapytał, nie patrzył na nią przy tym, ale razem z nią, obserwował ludzi, poszum rozmów, które przepływały przez uszy nie pozostawiając po sobie śladu głębszej myśli. – Oddałaś żetony, rezygnujesz z gry do końca wieczoru, czy mogę zaoferować Ci pożyczkę? U mnie wyjdziesz na tym lepiej niż u tego lichwiarza. – Wskazał głową na stolik gryzipiórka, który był teraz nader popularną osobą. – Co sądzisz o Aryamanie? Warto inwestować w tę znajomość?– zapytał miękko, jakby już była jego doradcą, wciąż pozostając Atheną o przenikliwym umyśle, tą która wyskoczyła z głowy swojego ojca. Lepszy temat niż kanclerz leżący u progu apartamentu noszącego znajome im imię. Zdecydowanie lepszy.