27.07.2024, 16:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2025, 22:17 przez Lorraine Malfoy.)
Eden tylko prychnęła na wieść o wygranej, ale Lorraine uśmiechnęła się triumfalnie, a jej oczy zalśniły dumą: ani przez chwilę nie wątpiła w wygraną kuzynki. Niektórzy nazwaliby to ślepą wiarą, niektórzy stwierdziliby natomiast, że to duma zaślepia Lorraine, ale prawda jak zwykle leżała gdzieś pośrodku, w szybkim mignięciu ręki okazującej komplet kart, w szeptach zwieszających się koło uszu niby drogocenne kolczyki, w uśmiechu, który – wyjątkowo – sięgał oczu. Znała Eden całe swoje życie i tyle też ją podziwiała. Nie wierzyła w stare porzekadła o tym, że kto ma szczęście w kartach, cierpi na jego niedostatek w miłości – ”zależy mi, żebyś oswoiła się z finansowym ryzykiem”, powiedziała kuzynka, ale Lorraine tylko uśmiechnęła się słodko – być może myliła się cały ten czas, być może Koło fortuny, które wywróżyła jej Ambrosia, znaczyło rzeczywiście coś kompletnie innego niż myślała dotychczas. Dlaczegóżby miała grać przeciwko własnej rodzinie?
W ciemnych oczach Eden mieszkała ciemność nocy, ale Lorraine była nawykła do mroku – była nocnym kwiatem ucałowanym przez ten sam mróz, który skuł jej spojrzenie lodem, ale teraz, pod czułą opieką Eden, zdawał się rozkwitać. Była kwiatem, który zwracał białą główkę w stronę kuzynki, jak gdyby ta była słońcem – choć ciemność jej spojrzenia otulała ją niczym żyzna czarnoziem – kwiatem rozchylającym swe płatki pod wpływem najmniejszej choćby pieszczoty. Popatrzyła na Eden wielkimi oczami – powiodła za nią spojrzeniem, kiedy ta podniosła się z miejsca – zdradzając się ze swoim desperackim złaknieniem aprobaty, tym samym, które towarzyszyło jej od najmłodszych lat dziecinnych, kiedy posłusznie dreptała za starszą kuzynką, starając się ją ukradkiem naśladować. Kiedy odwróciła z powrotem twarz w stronę reszty graczy przy stoliku, była niemalże obojętna. Ona dostała już swoją nagrodę, i nie były to galeony, nie: jej nagrody nie było już przy pokerowym stoliku – Lorraine patrzyła jak odchodzi, strapiona, że powiedziała coś nie tak.
– Dziękuję za wspólną grę – zwróciła się do wszystkich, ale najbardziej do Geraldine, doceniając ich rywalizację w ostatnim rozdaniu. Spojrzenie Lorraine nie bez powodu najdłużej zatrzymało się na twarzy kobiety, która odzywała się tego wieczoru najmniej. Uśmiechnęła się delikatnie do blondynki. Ludzie potrafili wyczytać z jej uśmiechu wiele rzeczy: pozwalała im na to, zadowolona z takiego obrotu spraw. Także i to “dziękuję” w wydaniu Lorraine miało wiele znaczeń. Nie tyle dziękowała za grę, co za dochowanie sekretu jej pochodzenia. Yaxleyowie od pokoleń znani byli jako łowcy magicznych stworzeń, a plotka głosiła, że po samym tylko ryku dzikiego zwierzęcia są w stanie rozpoznać, z jakim gatunkiem mają do czynienia i wymienić dziesięć sposobów na jego schwytanie. Geraldine musiała wiedzieć, że ma do czynienia z wiłą, a jednak – solidarnie milczała. Może to była część taktyki – może wiedziała, że wiłę najłatwiej zwabić, prowokując jej ciekawość – nieważne: Lorraine była wdzięczna łowczyni za jej dyskrecję. Armand Malfoy lubił mieć córkę przy sobie, kiedy grywał w nowym towarzystwie – czasem wystarczyło tylko sugestywne mrugnięcie wiły, aby zdekoncentrować otumanionego jej czarem przeciwnika – jeden błąd mógł wiele kosztować, ale czym były sykle wobec srebra jej włosów, czym były galeony wobec obietnicy złotych ust? Gorzej, kiedy ktoś wyrywał się spod uroku i zaczynał sypać groźbami. Atmosfera przy stoliku bardzo szybko stawała się wtedy nieprzyjemna. Lorraine cieszyła się, że tego wieczoru udało się tego uniknąć.
Spuściła oczy, mierząc się ze świadomością, że musi coś zrobić z dwoma tysiącami galeonów, które leżały przed nią na stole. Rzuciła Anthony'emu znaczące spojrzenie spod opuszczonych rzęs.
– Byłabym niezmiernie wdzięczna, gdybyś zechciał dotrzymać towarzystwa mojej drogiej kuzynce – zwróciła się z cichą prośbą w stronę mężczyzny, obdarzając go uśmiechem tchnącym rozbawionym zakłopotaniem: absurdalnie duży stos żetonów piętrzył się przed Lorraine na stole, przesłaniając szczęśliwie widok na jej drobne, teraz nieco drżące dłonie – choć to miała być moja rola tego wieczoru, proszę, przeistocz się w finezyjną Afrodytę-Wenus – ja muszę zadbać o sprawy z domeny Hadesa-Plutona – westchnęła teatralnie, nawiązując żartobliwie do dyskusji z początków rozgrywki.
W bogactwie mitologicznych zawirowań nie spodziewała się, że to właśnie ją czeka los Midasa.
W ciemnych oczach Eden mieszkała ciemność nocy, ale Lorraine była nawykła do mroku – była nocnym kwiatem ucałowanym przez ten sam mróz, który skuł jej spojrzenie lodem, ale teraz, pod czułą opieką Eden, zdawał się rozkwitać. Była kwiatem, który zwracał białą główkę w stronę kuzynki, jak gdyby ta była słońcem – choć ciemność jej spojrzenia otulała ją niczym żyzna czarnoziem – kwiatem rozchylającym swe płatki pod wpływem najmniejszej choćby pieszczoty. Popatrzyła na Eden wielkimi oczami – powiodła za nią spojrzeniem, kiedy ta podniosła się z miejsca – zdradzając się ze swoim desperackim złaknieniem aprobaty, tym samym, które towarzyszyło jej od najmłodszych lat dziecinnych, kiedy posłusznie dreptała za starszą kuzynką, starając się ją ukradkiem naśladować. Kiedy odwróciła z powrotem twarz w stronę reszty graczy przy stoliku, była niemalże obojętna. Ona dostała już swoją nagrodę, i nie były to galeony, nie: jej nagrody nie było już przy pokerowym stoliku – Lorraine patrzyła jak odchodzi, strapiona, że powiedziała coś nie tak.
– Dziękuję za wspólną grę – zwróciła się do wszystkich, ale najbardziej do Geraldine, doceniając ich rywalizację w ostatnim rozdaniu. Spojrzenie Lorraine nie bez powodu najdłużej zatrzymało się na twarzy kobiety, która odzywała się tego wieczoru najmniej. Uśmiechnęła się delikatnie do blondynki. Ludzie potrafili wyczytać z jej uśmiechu wiele rzeczy: pozwalała im na to, zadowolona z takiego obrotu spraw. Także i to “dziękuję” w wydaniu Lorraine miało wiele znaczeń. Nie tyle dziękowała za grę, co za dochowanie sekretu jej pochodzenia. Yaxleyowie od pokoleń znani byli jako łowcy magicznych stworzeń, a plotka głosiła, że po samym tylko ryku dzikiego zwierzęcia są w stanie rozpoznać, z jakim gatunkiem mają do czynienia i wymienić dziesięć sposobów na jego schwytanie. Geraldine musiała wiedzieć, że ma do czynienia z wiłą, a jednak – solidarnie milczała. Może to była część taktyki – może wiedziała, że wiłę najłatwiej zwabić, prowokując jej ciekawość – nieważne: Lorraine była wdzięczna łowczyni za jej dyskrecję. Armand Malfoy lubił mieć córkę przy sobie, kiedy grywał w nowym towarzystwie – czasem wystarczyło tylko sugestywne mrugnięcie wiły, aby zdekoncentrować otumanionego jej czarem przeciwnika – jeden błąd mógł wiele kosztować, ale czym były sykle wobec srebra jej włosów, czym były galeony wobec obietnicy złotych ust? Gorzej, kiedy ktoś wyrywał się spod uroku i zaczynał sypać groźbami. Atmosfera przy stoliku bardzo szybko stawała się wtedy nieprzyjemna. Lorraine cieszyła się, że tego wieczoru udało się tego uniknąć.
Spuściła oczy, mierząc się ze świadomością, że musi coś zrobić z dwoma tysiącami galeonów, które leżały przed nią na stole. Rzuciła Anthony'emu znaczące spojrzenie spod opuszczonych rzęs.
– Byłabym niezmiernie wdzięczna, gdybyś zechciał dotrzymać towarzystwa mojej drogiej kuzynce – zwróciła się z cichą prośbą w stronę mężczyzny, obdarzając go uśmiechem tchnącym rozbawionym zakłopotaniem: absurdalnie duży stos żetonów piętrzył się przed Lorraine na stole, przesłaniając szczęśliwie widok na jej drobne, teraz nieco drżące dłonie – choć to miała być moja rola tego wieczoru, proszę, przeistocz się w finezyjną Afrodytę-Wenus – ja muszę zadbać o sprawy z domeny Hadesa-Plutona – westchnęła teatralnie, nawiązując żartobliwie do dyskusji z początków rozgrywki.
W bogactwie mitologicznych zawirowań nie spodziewała się, że to właśnie ją czeka los Midasa.
Postać opuszcza sesję