Jeżeli Charles chciał zadowolić ojca, chciał, aby był z niego dumny, powinien wziąć się do pracy, bardziej nad sobą. Swoim zachowaniem i działaniami. Dając mu wolną rękę do prowadzenia życia według uznania, Charles w tym się zagubił. Robił coś, co najpewniej nie było jego decyzją. Głupi żart, zaproponowany przez brata, jako wskazówka na zarabianie, dało odwrotny efekt. Richard zrozumiał, że młodszy syn nadal potrzebuje ręki, która go będzie prowadzić. Może kiedy wskaże mu odpowiedni kierunek rozwoju, chłopak wyjdzie na porządnego czarodzieja? Czas pokaże.
Bronił brata. Doceniał to. Szanował. Wziął te słowa pod uwagę. I choć sobie dokuczali, widocznie jakaś więź wsparcia ich łączyła.
- Dlatego dostałeś ostatnie ostrzeżenie.Przypomniał mu, że właśnie to jego ukarał. Z Leonardem porozmawia inaczej, poza tym, że miał z nim także nierozwiązany jeszcze problem. Dopiero co wysłał list do Guldbrandsena i czekał na odpowiedź.
Skinął głową w zgodzie, że przeczyta jego rozpisany życiorys. Lepiej jak sprawdzi, czy będzie dobrze napisany i da jakąś szansę, że chłopak będzie gdziekolwiek do pracy przyjęty. Może nie dosłownie jakiejkolwiek, bo raczej nie chciałby, aby Charles dostał się do jakiegoś burdelu czy innego Noctuńskiego interesu. To zbyt grzeczny chłopak jak córka Roberta.
Odprowadził wzrokiem syna, ale nie uśmiechał się. Ten dzień go zmęczył. Kiedy drzwi od gabinetu się zamknęły, westchnął ciężko. Przeczesał dłonią włosy, polożył pasek na blat biurka i zrobił oględziny tylnej ściany mebla, czy nie ucierpiała. Stary, wiekowy mebel ojca. Nie było mu żal, ale nie chciał teraz od brata oberwać.
Gdy usłyszał wejście, automatycznie się wyprostował, jakby go ktoś na czymś przyłapał i przeniósł zaskoczony wzrok w osobę, jaka się pojawiła.
- Na Odyna… Selar.To tylko Selar. Odetchnął z ulgą. Widocznie to ją, Charles miał po drodze, aby poinformować, że Richard jej potrzebuje. Tym razem już wysławiał się w języku angielskim.
- Panicz Charles powiedział Selar, że Pan Richard jej potrzebuje. Selar przyszła wykonać polecenie.
Skrzatka wyjaśniła swoje przybycie, ostrożnie obserwując Mulcibera.
- Tak… Powiedz Robertowi, że skończyłem rozmawiać z Charlesem. Może przyjść do gabinetu.
Wydał proste polecenie, gestem dłoni odprawiając skrzatkę z gabinetu. Ta odeszła, aby wykonać polecenie.
Znów został sam w tej ciszy. Oparł się tyłkiem o blat biurka, podparł rękoma i spuścił głowę. Gapił się w podłogę. Zrobił to, czego nie chciał. Uderzył syna. Nie paskiem, a spoliczkował go. To i tak dopuścił się przemocy. Nie miał po prostu wyboru. Musiał ostrzej dotrzeć do chłopaka.
Musiał się uspokoić. Wyjął papierośnicę a z niej papierosa i zapalniczkę. Odpalił sobie i mocno zaciągnął. Przedmiot odłożył na blat biurka. Wypuścił dym i wsadził papierosa do ust, odwracając się do biurka profilem, aby spojrzeć na swój pasek od spodni. Część odzieżowa, której zawsze przypominała mu tamte dni. Zgarnął go i przewlekał przez uchwyty w spodniach aby znów go zapiąć. Czekał ogólnie na brata.