27.07.2024, 23:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.08.2024, 14:25 przez Anthony Shafiq.)
z Eden blisko ściany
Prostuję się na czas wystąpienia gospodyni, z niedowierzaniem słuchając tych rewelacji. Trochę klaszcze, bez entuzjazmu.
Prostuję się na czas wystąpienia gospodyni, z niedowierzaniem słuchając tych rewelacji. Trochę klaszcze, bez entuzjazmu.
Z uśmiechem, nie do twarzy, a jednak parsknęła i rozluźniła się nieco mówiąc o swoich złodziejskich zapędach. Anthony oczywiście mógłby zasugerować, że teraz zagraniczne portfele czekają na okradzenie, jego biuro zniosłoby kogoś, kto szerokim łukiem ominąłby staż i dostał się od razu na piętro, do biur dedykowanych specjalistom, którzy nie mieszali się z tymi pracującymi w głównej otwartej hali. Mógłby, ale tego nie zrobił, być może wbrew jej oczekiwaniom, bo sam doskonale wiedział, że na nic by się to nie zdało. Czasami najlepsze lobbowanie to takie, które w ogóle nie wybrzmiewało w słowach.
–Dobre tkaniny, kopalnie diamentów i dostęp do pewnej biblioteki, którą... – urwał swoją bajkę, gdy pojawiła się Agnes. Umilkł, wyprostował się, licząc na zapowiedź jakiegoś występu, dodatkowej rozrywki, może sceny baletowej, w końcu francuzi tak kochali balet. Zamiast akrobacji jednak, najwidoczniej czekał go występ kuglarski.
–Ty nie chcesz okradać i patrz... zaraz pięciu chętnych na to miejsce. – mruknął do blondynki, pozwalając sobie na niemrawe oklaski, bo wszyscy klaskali, za bardzo zwróciłby na siebie uwagę, gdyby tego nie robił. Twarz miał wystudiowanie zainteresowaną, neutralną, jak na spotkaniu nagle oficjalnym, gdzie bez względu na poziom bełkotu zagranicznego rozmówcy, trzeba było być profesjonalistą, który nie daje po sobie poznać jak wewnętrznie umiera. A mógł zapalić drugiego papierosa. Mógł być na balkonie i nie brać udziału w tej szopce. Mógł w końcu być w domu, zdrowieć. Ale wtedy byłby sam.
Na moment też wzrokiem uciekł do Lorien ciekaw jej reakcji, mając w pamięci jak wypominała mu bycie ojcem chrzestnym wiedźmy pół krwi, ciekaw jak ona teraz niesie krzyż swojego spowinowacenia z bardzo ekscentryczną - nawet jak na standardy czarodziei - rodziną.
–Dobre tkaniny, kopalnie diamentów i dostęp do pewnej biblioteki, którą... – urwał swoją bajkę, gdy pojawiła się Agnes. Umilkł, wyprostował się, licząc na zapowiedź jakiegoś występu, dodatkowej rozrywki, może sceny baletowej, w końcu francuzi tak kochali balet. Zamiast akrobacji jednak, najwidoczniej czekał go występ kuglarski.
–Ty nie chcesz okradać i patrz... zaraz pięciu chętnych na to miejsce. – mruknął do blondynki, pozwalając sobie na niemrawe oklaski, bo wszyscy klaskali, za bardzo zwróciłby na siebie uwagę, gdyby tego nie robił. Twarz miał wystudiowanie zainteresowaną, neutralną, jak na spotkaniu nagle oficjalnym, gdzie bez względu na poziom bełkotu zagranicznego rozmówcy, trzeba było być profesjonalistą, który nie daje po sobie poznać jak wewnętrznie umiera. A mógł zapalić drugiego papierosa. Mógł być na balkonie i nie brać udziału w tej szopce. Mógł w końcu być w domu, zdrowieć. Ale wtedy byłby sam.
Na moment też wzrokiem uciekł do Lorien ciekaw jej reakcji, mając w pamięci jak wypominała mu bycie ojcem chrzestnym wiedźmy pół krwi, ciekaw jak ona teraz niesie krzyż swojego spowinowacenia z bardzo ekscentryczną - nawet jak na standardy czarodziei - rodziną.