Dzisiejszego dnia, Richard mało wypalił papierosów, dając upust swoim nerwom. Alkoholem został poczęstowany u Lorien w biurze. Potrzebował tego, nawet w małej ilości, aby jakoś ogarnąć zaistniały, poważniejszy problem, wywołany zachowaniem jego syna.
Gdy zapiął pasek, zgarnął popielniczkę bliżej siebie i zajął wolny fotel przed biurkiem. Prawą ręką opierał się łokciem o podłokietnik, palcami dłoni masując sobie skroń, czasami całe czoło. Lewą dłonią operował papierosem. Siedział w zamyśleniu nad sytuacją chłopaków i swoją w przeszłości.
Robert nie kazał zbyt długo na siebie czekać. Kiedy się pojawił, Richard tylko rzucił na niego spojrzenie, wyczerpanego rodzica zachowaniem swoich pociech. Wiedział, że musi mu powiedzieć o decyzjach, ale wewnętrznie odczuwał obawy, lęk. Widział nastrój brata. Rozmowa może nie być prosta. Ale może choć wyrozumiała?
Na zadane pytanie, Richard nie od razu odpowiedział. Lecz po krótkiej chwili.- Ostrzegłem go ostatni raz. Groźbą wydziedziczenia. Pokazując mu siłę... paska.
Zaczął. Przy ostatnim słownie po prostu chowając czoło w dłoni, jakby je masował. Ostanie słowo nie przyszło mu wypowiedzieć łatwo.
- Uderzyłem go... Spoliczkowałem.
Przyznał się, że sięgnął po przemoc. Że uderzył syna, ale nie drastycznie jak robił z nim to ojciec.
- Jak znajdzie pokój, czy zgodzi się na mieszkanie, wyprowadzi się. Wie, że nie chcesz go widzieć.
Dodał kolejną informcję. Zabrał rękę z głowy i w końcu spojrzał na Roberta. Zaciągnął się papierosem.
- Charles uwierzył, że padł ofiarą Isaaca Bagshota, który wykorzystał sobie jego niewinność i naiwność do swojego sukcesu zawodowego. Kosztem jego osoby. Może dzięki temu przestanie się słuchać tego cholernego dziennikarza.
"Usunąłbym go z tego świata..." – dokończył w myślach. Pragnienie, którego nie spełni. Pozbyć się Isaaca Bagshota.