28.07.2024, 09:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.07.2024, 10:05 przez Millie Moody.)
Przy ognisku>pudło na losy
Jak na takie zgrane rodzeństwo, pomimo wielkiej wzajemnej troski, to jakoś mówili sobie zaskakująco mało. Z jakiś powodów - zapewne stanu cywilnego Eden - Alastor nie przyznał się przecież Millie do swojej z nią relacji. Nie mówił o swoim strachu, o napięciu. Nie mówił o tym przed czym ucieka, kiedy kolejną godzinę siedzi nad cudzymi raportami. Z jakiś powodów - zapewne okazania się mocno gejową siostrą - Millie nie przyznała się jemu do relacji z dziewczyną, która nie miała teraz łatwo, stojąc przy ognisku z parą swoich kochanków, ze swoją przeszłością i teraźniejszością, które nie wiedziały nawet, że zbiegają się w tym jednym punkcie. Z oczywistych powodów Eden nie powiedziała żadnemu z nich.
W innych okolicznościach Millie byłaby bardziej rozmowna w stosunku do osoby Alexandra, nawet jeśli występ cyrku na Lammas wzbudził w niej wiele niekoniecznie pozytywnych emocji, a ten na ślubie Blacków zwyczajnie ją ominął. W innych okolicznościach rozćwierkałaby się nad głową Alastora namawiając go na skakanie z klifów (z miotłą Brenna, żadne samobójcze zabawy), chlałaby bez opamiętania magiczne drinki i przylepiłaby się do tyłka Bazyliszkowi, wmawiając mu dalej, że jest gejem i wymuszając zabawę w ocenianie tyłków wszystkich facetów po kolei. W innych okolicznościach nie myślałaby o tym jak dziwnie się czuje pozbawiona swojego syreniego ogona.
Położyła dłoń na kolorowej muszelce zwieszając na nią głowę, w zamyśleniu nad tym co się działo, ale też nad tym co karty jej powiedziały przed tym spotkaniem, gdy układała je o poranku. O niekończącej się frustracji czekania, o księżycowej wodze zalewającej jej płuca tak z odwróconego księżyca, jak stóp kapłanki. Myślała o mieczu, który pokazał się w karcie przyszłości, o rozsądku, którego tak rozpaczliwie wypatrywała, a zachłyśnięta wolnością absolutnie nie miała zdrowego umiaru w ostatnim miesiącu swojego życia. Myślała w końcu o odwróconym Rydwanie, który niczym przestroga wisiał nad jej głową. Zapowiedź toksycznej, wyniszczającej rywalizacji, która porwie jej życie, zakręci kołem. Ten układ wskazywał na jej zmęczenie i puste szaleństwo, które widzą inni. Brak korzeni, które pozwalałyby jej przetrwać burzę. Burzę, którą była, ale czy chciała być? Czy chciała tylko niszczyć swoich bliskich, dodając im zmartwień w świecie, który nie był od nich wolny?
Nagle zatęskniła bardzo za opuszczonym teraz zrujnowanym domostwem, w którym wydarzyło się tak wiele zła. Nad spopielonym ogrodem, stawem pełnym trupów i przegonionymi stamtąd duchami. Nad siostrami z obrazów, które marzyły o oczyszczającym ogniu.
Jej brat wycofał się taktycznie i odszedł od nich kawałek, ale Millie miała wrażenie, jakby dzielił ich ocean wszystkich słów, które pozostały między nimi niewypowiedziane. W poszumie fal nie słychać było zerwanej nici. Dziewczyna zdarła tęczowe kłamstwo ze swojej piersi i podeszła do Eden. Złapała ją za rękę nim ta zdążyła zaprotestować i wsunęła jej ozdobę w dłoń, zamykając na niej palce. Serce jej waliło jak oszalałe, nagle morska sól wgryzła się z całą mocą w uwolniony od przyjemnej kołderki umysł.
– Proszę, zostań – powiedziała matowo, nie podnosząc głowy. – Alastor się na pewno ucieszy, że będziecie mogli spędzić trochę więcej czasu. Jak kiedyś. – Tak samo mówiła Bertiemu odkąd wyszła z lecznicy, bo wiadomo, że wszystkim zależało na Alku, żeby był szczęśliwy. Biedak chodził taki napięty. Ale teraz się uśmiechał. Chyba. Nie ważne w tym było co ona by chciała, przecież i tak zaraz coś ją jebnie w głowę i będzie chciała czegoś zupełnie innego. Grom myśli rozbłyskiwał i ukrywał się między chmurami podczas tego sztormu, zupełnie jak w magicznym grawerze na srebrnej papierośnicy, którą dostała lata temu, gdy umarła po raz pierwszy.
– Ha, idę wrzucić kartkę na tańce, chyba jeszcze pamiętam jak to się robiło. – rzuciła w stronę Bertiego wykrzywiając twarz w udawanym uśmiechu, unikając już patrzenia na białego kruka, czy znikającego w tłumie wilka. Odwróciła się na pięcie i w milczeniu poszła, do skrzynki, choć może dużo lepiej byłoby po prostu iść przed siebie do morza i wrócić do domu, czymkolwiek ten dom był. Może lepiej byłoby nigdy nie wychodzić znów na brzeg. Tak czy inaczej wrzuciła kartkę z imieniem do skrzynki, nie wchodząc w interakcje z innymi z własnej woli, będąc po trosze teraz małą czarną dziurą, antytezą samej siebie. Ona. Trup wyciągnięty z podziemi. Nie życzyła nikomu tak źle, żeby został z nią sparowany w obecnej chwili, ale co zrobić. Koło fortuny toczyło się dalej.