28.07.2024, 10:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.07.2024, 10:12 przez Lorien Mulciber.)
- Zbyt krótko.
Skupiła się mniej na zasłyszanych słowach, a bardziej na emocjach, które zdawały się za nimi stać. Głęboko zepchnięte w tył umysłu wreszcie zaczynały o sobie dawać znać, przypudrowane tą typową, robertową pewnością siebie. Czy ona słyszała… rozczarowanie? Czym dokładnie? Ilością czasu, która im została? Bzdura. Nie podejrzewała męża, że nagle w otoczeniu pięknej francuskiej Prowansji, spojrzy na nią inaczej niż patrzył w domu i zreflektuje się jak niewiele czasu jeszcze im tak naprawdę zostało. Nie posądzała go o tak naiwny sentymentalizm.
Zanim zdążyła jednak cokolwiek odpowiedzieć, skrzatka zmaterializowała się przy nich jak cudowny, choć najwyraźniej zagubiony w obcym świecie duszek.
- Selar, przynieś mi kawy. Zwykłej, czarnej kawy. Żadnego mleka, cukru.- Powiedziała łagodnie. Zdawała sobie sprawę, że w zupełnie obcym środowisku mogła mieć dużo mniejszy wachlarz możliwości niż w domu. Tak naprawdę Lorien, w całym tym swoim snobizmie, wypiłaby teraz bez marudzenia każdą kawę. Nawet taką z tej dziwacznej, przerażającej mugolskiej maszynerii jaką widziała w Londynie, ale nigdy nie odważyła się zapytać nikogo w Ministerstwie jaka magia tam działa, że maszyna wie kiedy zrzucić ten paskudny kubeczek, nasypać kawy, wlać odpowiednią ilość wody do środka i jeszcze wiedzieć, że ona nie chce żadnego cukru i mleka! Miała swoje podejrzenie, że w środku siedzi po prostu mugol, który wszystkiego słucha i przygotowuje to na miejscu.
- Nie Lammas…- Powtórzyła powoli. Było tego więcej? Więcej głupich wyskoków, które mogły narazić dobre imię rodziny? A może raczej te rozszarpane fragmenty, które po owym dobrym imieniu pozostały. W jej głosie pojawiła się lodowata nuta, w dodatku nagle gdzieś zgubiła swój nonszalancki włoski akcent na rzecz perfekcyjnej angielszczyzny. Na twarzy czarownicy zakwitł grymas zarezerwowany tylko do Sal Wizengamotu – surowa, choć tamowana złość. Wciąż tkwiła w tym bólu, który Charles sprawił jej artykułem, a teraz jeszcze miało się okazać, że wyjdzie z tego coś więcej. - Co. Ten. Dzieciak. Jeszcze. Zrobił.- Każde słowo zostało zaakcentowane.
To nie była ich wina.
Więc dlaczego Lorien cały czas czuła jakby było inaczej. „Non c'è bene più grande della Famiglia” kołatało jej w głowie tłumiąc każdą sensowną myśl. Mulciberowie nie byli rodziną, z którą łączyły ją żadne więzi krwi. Jej wierność od lat leżała u stóp Prewettów i Crouchów, a jednak obrączka na palcu zdawała się wręcz palić, gdy zadawała sobie to jedno pytanie – czy żona jest w ogóle częścią rodziny? Szwagierka, macocha, ciocia. Najłatwiejsza do odcięcia gałązka.
Mimo to robiła wszystko, by ta rodzina przetrwała. Dzień za dniem. Przynajmniej tak długo jak będzie jeszcze w stanie.
Jedyne co mogła zrobić to słuchać. Tyle, a może aż tyle? Kiedy był ostatni czas, gdy ktokolwiek Roberta po prostu wysłuchał, bez próby wtrącania swoich pięciu knutów, dawania niewiele wartych rad czy krytykowania?
Z jej ust nie padły zapewnienia, że przecież rodzina Mulciber nie ma się czego wstydzić, bo każde wypowiadane przez Roberta słowo było bolesną, okrutną prawdą. Niegdyś poważny, szanowany ród, na ich oczach przeistaczał się w pośmiewisko z pierwszych stron gazet. Nie powiedziała nic w stylu „kiedyś będzie lepiej!” zupełnie jakby wiedziała, że nie, wcale nie będzie.
W między czasie Selar pojawiła się z jej kawą, więc ją odebrała, podziękowała skrzatce i… odstawiła filiżankę na balustradzie. Później ją wypije.
- Robercie...- Zaczęła starając się by w jej głosie nie było cienia współczucia, które mógłby odebrać jako oznakę litości czy pożałowania go.- Czy te świece… Dlaczego one są tak ważne?- Pewnie bez problemu mógł wyczuć, że pani Mulciber nie chodziło o głupi wyskok Charlie’go. Chodziło o coś więcej. O wszystko tak naprawdę.
Uniosła ostrożnie rękę, żeby dotknąć ramienia Roberta, ale opuściła dłoń zanim jej palce nawet musnęły materiału jego golfa. Wczorajsze obranie. Nie spał?
Obróciła się z powrotem do balustrady. Zawsze obok, nigdy przy nim. Spójrz na mnie. Zdawała się jednak bezgłośnie błagać.
- Wiesz, że byłam o krok od zrobienia tego samego co wy w marcu 1962 roku? – Zapytała, pozornie zmieniając temat. Wtedy się to zaczęło prawda? Gdy Mulciberowie zabrali swoje zabawki z ministerialnej piaskownicy. Wielki exodus, o którym Ministerstwo… praktycznie po jakimś czasie zapomniało. Zupełnie jakby rzucili im w twarz pogardliwym „mieliśmy pięciu na wasze miejsce.”
Nie wiedział o tym, bo wiedzieć tego prawa po prostu nie miał. Przeszłość Lorien była utkana z siatki niedomówień, plotek i wiecznego kiwania ze smutkiem głową nad losem biednej, chorej dziewczynki. Tylko, że gdy człowiek próbował wiązać pewne fakty – okazywało się, że wiele elementów układanki po prostu do siebie nie pasuje, a części wręcz brakuje. Różni ludzie trzymali poszczególne fragmenty, zawsze tak przetasowane, by nie móc dojść do sedna.
A jednak tym razem postanowiła się złamać.
Powiedzieć mężowi o czymś co dotychczas wiedziały zaledwie dwie-trzy bliskie jej osoby.
Skupiła się mniej na zasłyszanych słowach, a bardziej na emocjach, które zdawały się za nimi stać. Głęboko zepchnięte w tył umysłu wreszcie zaczynały o sobie dawać znać, przypudrowane tą typową, robertową pewnością siebie. Czy ona słyszała… rozczarowanie? Czym dokładnie? Ilością czasu, która im została? Bzdura. Nie podejrzewała męża, że nagle w otoczeniu pięknej francuskiej Prowansji, spojrzy na nią inaczej niż patrzył w domu i zreflektuje się jak niewiele czasu jeszcze im tak naprawdę zostało. Nie posądzała go o tak naiwny sentymentalizm.
Zanim zdążyła jednak cokolwiek odpowiedzieć, skrzatka zmaterializowała się przy nich jak cudowny, choć najwyraźniej zagubiony w obcym świecie duszek.
- Selar, przynieś mi kawy. Zwykłej, czarnej kawy. Żadnego mleka, cukru.- Powiedziała łagodnie. Zdawała sobie sprawę, że w zupełnie obcym środowisku mogła mieć dużo mniejszy wachlarz możliwości niż w domu. Tak naprawdę Lorien, w całym tym swoim snobizmie, wypiłaby teraz bez marudzenia każdą kawę. Nawet taką z tej dziwacznej, przerażającej mugolskiej maszynerii jaką widziała w Londynie, ale nigdy nie odważyła się zapytać nikogo w Ministerstwie jaka magia tam działa, że maszyna wie kiedy zrzucić ten paskudny kubeczek, nasypać kawy, wlać odpowiednią ilość wody do środka i jeszcze wiedzieć, że ona nie chce żadnego cukru i mleka! Miała swoje podejrzenie, że w środku siedzi po prostu mugol, który wszystkiego słucha i przygotowuje to na miejscu.
- Nie Lammas…- Powtórzyła powoli. Było tego więcej? Więcej głupich wyskoków, które mogły narazić dobre imię rodziny? A może raczej te rozszarpane fragmenty, które po owym dobrym imieniu pozostały. W jej głosie pojawiła się lodowata nuta, w dodatku nagle gdzieś zgubiła swój nonszalancki włoski akcent na rzecz perfekcyjnej angielszczyzny. Na twarzy czarownicy zakwitł grymas zarezerwowany tylko do Sal Wizengamotu – surowa, choć tamowana złość. Wciąż tkwiła w tym bólu, który Charles sprawił jej artykułem, a teraz jeszcze miało się okazać, że wyjdzie z tego coś więcej. - Co. Ten. Dzieciak. Jeszcze. Zrobił.- Każde słowo zostało zaakcentowane.
- * -
To nie była ich wina.
Więc dlaczego Lorien cały czas czuła jakby było inaczej. „Non c'è bene più grande della Famiglia” kołatało jej w głowie tłumiąc każdą sensowną myśl. Mulciberowie nie byli rodziną, z którą łączyły ją żadne więzi krwi. Jej wierność od lat leżała u stóp Prewettów i Crouchów, a jednak obrączka na palcu zdawała się wręcz palić, gdy zadawała sobie to jedno pytanie – czy żona jest w ogóle częścią rodziny? Szwagierka, macocha, ciocia. Najłatwiejsza do odcięcia gałązka.
Mimo to robiła wszystko, by ta rodzina przetrwała. Dzień za dniem. Przynajmniej tak długo jak będzie jeszcze w stanie.
Jedyne co mogła zrobić to słuchać. Tyle, a może aż tyle? Kiedy był ostatni czas, gdy ktokolwiek Roberta po prostu wysłuchał, bez próby wtrącania swoich pięciu knutów, dawania niewiele wartych rad czy krytykowania?
Z jej ust nie padły zapewnienia, że przecież rodzina Mulciber nie ma się czego wstydzić, bo każde wypowiadane przez Roberta słowo było bolesną, okrutną prawdą. Niegdyś poważny, szanowany ród, na ich oczach przeistaczał się w pośmiewisko z pierwszych stron gazet. Nie powiedziała nic w stylu „kiedyś będzie lepiej!” zupełnie jakby wiedziała, że nie, wcale nie będzie.
W między czasie Selar pojawiła się z jej kawą, więc ją odebrała, podziękowała skrzatce i… odstawiła filiżankę na balustradzie. Później ją wypije.
- Robercie...- Zaczęła starając się by w jej głosie nie było cienia współczucia, które mógłby odebrać jako oznakę litości czy pożałowania go.- Czy te świece… Dlaczego one są tak ważne?- Pewnie bez problemu mógł wyczuć, że pani Mulciber nie chodziło o głupi wyskok Charlie’go. Chodziło o coś więcej. O wszystko tak naprawdę.
Uniosła ostrożnie rękę, żeby dotknąć ramienia Roberta, ale opuściła dłoń zanim jej palce nawet musnęły materiału jego golfa. Wczorajsze obranie. Nie spał?
Obróciła się z powrotem do balustrady. Zawsze obok, nigdy przy nim. Spójrz na mnie. Zdawała się jednak bezgłośnie błagać.
- Wiesz, że byłam o krok od zrobienia tego samego co wy w marcu 1962 roku? – Zapytała, pozornie zmieniając temat. Wtedy się to zaczęło prawda? Gdy Mulciberowie zabrali swoje zabawki z ministerialnej piaskownicy. Wielki exodus, o którym Ministerstwo… praktycznie po jakimś czasie zapomniało. Zupełnie jakby rzucili im w twarz pogardliwym „mieliśmy pięciu na wasze miejsce.”
Nie wiedział o tym, bo wiedzieć tego prawa po prostu nie miał. Przeszłość Lorien była utkana z siatki niedomówień, plotek i wiecznego kiwania ze smutkiem głową nad losem biednej, chorej dziewczynki. Tylko, że gdy człowiek próbował wiązać pewne fakty – okazywało się, że wiele elementów układanki po prostu do siebie nie pasuje, a części wręcz brakuje. Różni ludzie trzymali poszczególne fragmenty, zawsze tak przetasowane, by nie móc dojść do sedna.
A jednak tym razem postanowiła się złamać.
Powiedzieć mężowi o czymś co dotychczas wiedziały zaledwie dwie-trzy bliskie jej osoby.