10.01.2023, 19:00 ✶
Thomasowi po zakonczeniu szkoły magii ciężko było odnaleźć się w nowej rzeczywistości, która wymuszała na nim znalezienie sobie miejsca w magicznej społeczności. Wcześniej wszytsko było jasne, był uczniem, dziesięc miesięcy spędzał więc w Hogwarcie, by w lato wrócic do mugolskiego, wiejskiego życia. Wszytsko miało swój dziwny rytm, a jednocześnie sprawiało, że należał wszędzie, jak i nigdzie. Dopiero jako absolwent, zaczął dopasowywac się do całkiem nowez rzeczywistości, co w sumie pochłaniało większość jego uwczesnego żcyia, przez co nie bardzo myslał o podtrzymywaniu znajomości, które nabył w szkole, poza tymi, które towarzyszyły mu na codzień, w pracy, w sąsiedztwie jego mieszkania, przy codziennych sprawunkach. Dopiero po czasie zaczął przypominac sobie o starych znajomych, choc w wielu przypadkach było już za późno, by w łatwy sposób odnowić kontakt. Tak przynajmniej mu się wydawało, bo spotkanie z Geraldine pokazało, że jest zupełnie inaczej.
Wydawało mu się, że nie widzieli się najwyżej kilka miesięcy, a nie lat. Czas który upłynął wydawał mu sie zupełną abstrakcją. Owszem, wydorośleli trochę, żeby nie powiedzieć, postarzeli, a jednak nadal widział w Gerry tamtą dziewczynę, która z zawziętością grała z nim w quidditcha. Co gorsze, choc może lepsze, nadal czuł to samo lekkie zauroczenie, które choc może brzybrało inne kolory, to nadal dobrze się trzymało. A może nawet się odświezyło. W końcu inaczej gdy widziało się dziewczynę na codzień, niż gdy nagle pojawia sie przed tobą, z tą burzą jasnych włosów, ognistym spojrzeniem i usmiechem, który tak samo jak kiedyś, sprawiał, że robiło mu się ciepło. Wszytsko uderzyło go z nienacka, do tego niesamowicie intensywnie. Dobrze, że go nie znokautowało.
Nie, żeby jego niemijajace, jak sie okazało, zauroczenie przeszkadzało mu w szukaniu miłostek, bo tych się trochę w jego życiu przewinęło. W końcu nie wiedział, że Ger uda mu się jeszcze kiedyś spotkac i pogodził się z jej strata już dawno. Próbował więc znaleźć towarzyszkę życia, wszystkie związki kończyły się szybciej, niżby sobie tego życzył. Z różnych powodów. Czasem niezrozumienia dla dwóch światów, które Thomas starał się połączć, czasem z powodu jego pracy, a czasem z niedopasowania charakterów. Ot, prześladowało go fiasko za fiaskiem, którymi starał się nie przejmować (co mu nie wychodziło), za każdym razem wmawiając sobie, że to po prostu jeszcze nie jego czas. Zbliżająca się trzydziestka trochę zaczęła mu psuć co prawda to optymistycznew spojrzenie na sprawę, nie wiedział jednak co miał niby zrobić. W końcu nie zamierzał się dla nikogo zmieniać ani tkwić z nikim na siłę.
Gotować umiał, od sprzątania były zaklęcia, udawało mu się więc przeżyć samemu. To zawsze coś, prawda?
Zaśmiał się, wczęsiej zakładając, że rzeczywiście, spędzenie czasu wśród strózów prawa to nie to, czego życzyłaby sobie Geraldine. Szybko jednak musiał ukryć lekkie zawstydzenie, gdy uszłyszał jakże szczere podumowanie stanu umysłu kobiety.
- Powiedziałbym, że moge myśleć za nas oboję, ale czasem aż odbiera mi przy tobie mowę, gdy wiesz, mówisz takie rzeczy - przyznał, czując ciepło na policzkach. - Wiesz, wtedy też mam w głowie pustkę - mówił dalej, odwracając lekko wzrok gdy jego ręka pocierała lekko kark. Naoprawdę nie wiedział, czemu był z nią tak szczery, Może przez to, że ona potrafiła tak bezpośrednio rzucić podobnymi tekstami, a może dlatego, że trochę chciał by po prostu to wiedziała. Jedną szansę już zmarnował, prawda?
- O tak, nie było za wiele miejść do posiedzenia, choć hej, pamiętasz jak chodziło się na piwo kremowe do Trzech Mioteł? Albo gdy któregoś razu ktoś wspaniałomyślnie dolał do niego ognistej whiskey, gdy poszlismy świętowac druzyną wygraną w meczu i potem balismy się wrócić do zamku? - przypomniał, usmiechając się szeroko. - Niektórych wtedy zmogło. - Zaśmiał się, wiedząc, że sam był już wtedy w tym stanie, gdzie gadał głupoty. Choć wspomnienia powoli się zacierały i za dużo nie potrafił z tego dnia przywołać.
Posłusznie skierował się za Gerry, której dłoń zamknęła się na jego nadgarstku, ciągną go w stronę wejścia wybranego pubu. Zdusił w sobie chichot, który zrodził się w jego wnętrzu na ten jej gest, bo przecież mężczyznie jak on nie wypadało chochotać. Wydobył z siebie więc dziwne, zduchone parsknięcie, a na jego twarzy czaił się psotny uśmiech.
- Daj płaszcz, odwieszę go za ciebie, ty możesz poszukać nam miejsca - oznajmił, gdy znaleźli się juz w ciepłym lokalu.
Swoją kurtkę zdjął dopiero przy krzesełku, po czym przewiesił ją przez jego oparcie. Dopiero wtedy posadził swoje cztery litery, choć nie rozsiadł się wygodnie, jedynie przycupnął na chwilę.
- Piwo, coś innego? Ja stawiam, za ten mandat, który musiałem ci dziś wlepić - dodał szybko, nie chcąc, by Ger mu odmówiła. Szczerze mówiąc nadal miał trochę wyrzutów sumienia, że własnie tak się spotkali. Cieszył się jednak, że w ogóle udało im się zobaczyć, po tym całym, długim czasie.
Wydawało mu się, że nie widzieli się najwyżej kilka miesięcy, a nie lat. Czas który upłynął wydawał mu sie zupełną abstrakcją. Owszem, wydorośleli trochę, żeby nie powiedzieć, postarzeli, a jednak nadal widział w Gerry tamtą dziewczynę, która z zawziętością grała z nim w quidditcha. Co gorsze, choc może lepsze, nadal czuł to samo lekkie zauroczenie, które choc może brzybrało inne kolory, to nadal dobrze się trzymało. A może nawet się odświezyło. W końcu inaczej gdy widziało się dziewczynę na codzień, niż gdy nagle pojawia sie przed tobą, z tą burzą jasnych włosów, ognistym spojrzeniem i usmiechem, który tak samo jak kiedyś, sprawiał, że robiło mu się ciepło. Wszytsko uderzyło go z nienacka, do tego niesamowicie intensywnie. Dobrze, że go nie znokautowało.
Nie, żeby jego niemijajace, jak sie okazało, zauroczenie przeszkadzało mu w szukaniu miłostek, bo tych się trochę w jego życiu przewinęło. W końcu nie wiedział, że Ger uda mu się jeszcze kiedyś spotkac i pogodził się z jej strata już dawno. Próbował więc znaleźć towarzyszkę życia, wszystkie związki kończyły się szybciej, niżby sobie tego życzył. Z różnych powodów. Czasem niezrozumienia dla dwóch światów, które Thomas starał się połączć, czasem z powodu jego pracy, a czasem z niedopasowania charakterów. Ot, prześladowało go fiasko za fiaskiem, którymi starał się nie przejmować (co mu nie wychodziło), za każdym razem wmawiając sobie, że to po prostu jeszcze nie jego czas. Zbliżająca się trzydziestka trochę zaczęła mu psuć co prawda to optymistycznew spojrzenie na sprawę, nie wiedział jednak co miał niby zrobić. W końcu nie zamierzał się dla nikogo zmieniać ani tkwić z nikim na siłę.
Gotować umiał, od sprzątania były zaklęcia, udawało mu się więc przeżyć samemu. To zawsze coś, prawda?
Zaśmiał się, wczęsiej zakładając, że rzeczywiście, spędzenie czasu wśród strózów prawa to nie to, czego życzyłaby sobie Geraldine. Szybko jednak musiał ukryć lekkie zawstydzenie, gdy uszłyszał jakże szczere podumowanie stanu umysłu kobiety.
- Powiedziałbym, że moge myśleć za nas oboję, ale czasem aż odbiera mi przy tobie mowę, gdy wiesz, mówisz takie rzeczy - przyznał, czując ciepło na policzkach. - Wiesz, wtedy też mam w głowie pustkę - mówił dalej, odwracając lekko wzrok gdy jego ręka pocierała lekko kark. Naoprawdę nie wiedział, czemu był z nią tak szczery, Może przez to, że ona potrafiła tak bezpośrednio rzucić podobnymi tekstami, a może dlatego, że trochę chciał by po prostu to wiedziała. Jedną szansę już zmarnował, prawda?
- O tak, nie było za wiele miejść do posiedzenia, choć hej, pamiętasz jak chodziło się na piwo kremowe do Trzech Mioteł? Albo gdy któregoś razu ktoś wspaniałomyślnie dolał do niego ognistej whiskey, gdy poszlismy świętowac druzyną wygraną w meczu i potem balismy się wrócić do zamku? - przypomniał, usmiechając się szeroko. - Niektórych wtedy zmogło. - Zaśmiał się, wiedząc, że sam był już wtedy w tym stanie, gdzie gadał głupoty. Choć wspomnienia powoli się zacierały i za dużo nie potrafił z tego dnia przywołać.
Posłusznie skierował się za Gerry, której dłoń zamknęła się na jego nadgarstku, ciągną go w stronę wejścia wybranego pubu. Zdusił w sobie chichot, który zrodził się w jego wnętrzu na ten jej gest, bo przecież mężczyznie jak on nie wypadało chochotać. Wydobył z siebie więc dziwne, zduchone parsknięcie, a na jego twarzy czaił się psotny uśmiech.
- Daj płaszcz, odwieszę go za ciebie, ty możesz poszukać nam miejsca - oznajmił, gdy znaleźli się juz w ciepłym lokalu.
Swoją kurtkę zdjął dopiero przy krzesełku, po czym przewiesił ją przez jego oparcie. Dopiero wtedy posadził swoje cztery litery, choć nie rozsiadł się wygodnie, jedynie przycupnął na chwilę.
- Piwo, coś innego? Ja stawiam, za ten mandat, który musiałem ci dziś wlepić - dodał szybko, nie chcąc, by Ger mu odmówiła. Szczerze mówiąc nadal miał trochę wyrzutów sumienia, że własnie tak się spotkali. Cieszył się jednak, że w ogóle udało im się zobaczyć, po tym całym, długim czasie.